napisane w wolnym czasie, kiedy to przemyślenia na temat macierzyństwa i tematów pobocznych w głowie mej miejsca wolnego już dla siebie znaleźć nie mogą
| < Sierpień 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
Inspirujące
LEKTURA OBOWIĄZKOWA
Mama Zone
Męskim okiem widziane
Namiętnie poczytuję
TEŻ MOJE
To właśnie MIŁOŚĆ
W uśpieniu
Lilypie Kids Birthday tickers Liczniki na stonę
Kategorie: Wszystkie | 1001 drobiazgów
RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010

Jutro stuknie mi 10 miesięcy od mojego pierwszego porodu.

Niedawno czytałam sobie kilka relacji  różnych dziewczyn/kobiet oczekujących swojego pierwszego porodu.
I to, co zdominowało te relacje to wszechobecne poczucie strachu.
Smutne.
Ale w sumie nie ma się co dziwić. No bo ile z nas może powiedzieć, że w swoim najbliższym otoczeniu ma kobiety, które uważają, że poród jest pięknym przeżyciem?

Z reguły słyszymy opowieści o bólu i cierpieniu.

Swoją drogą uważam za niezbyt fortunne nazywanie skurczów bólami. Dla mnie ból jest sygnałem od ciała, że coś niedobrego się w nim dzieje. Skurcze porodowe natomiast były dla mnie oznaką, że człowiek, który rozwijał się pod moim sercem właśnie rozpoczął swoją podróż w nieznane, a moje ciało mu to umożliwia. Oczywiście nie ma się co czarować i mówić, że odczuwanie skurczu to mega przyjemność; wcale tak nie jest.

Jednakże trudno jest mi również uwierzyć w porody w ekstazie, porody orgazmiczne. Na mój chłopski (kobiecy) rozum dla osiagnięcia orgazmu potrzebne są czynniki w postaci tak zwanego przyzwolenia psychicznego i jednak stymulacji pewnych zakończeń nerwowych. No i pewnie jeszcze cała masa innych czynników zewnętrznych i wewnętrznych. I jeśli jeszcze zgodzić bym się mogła z tym, że w czasie porodu kobieta może psychicznie nastawić się na przeżywanie ekstazy, to jednak w przypadku pobudzania pewnych miejsc – no, podczas porodu jest to raczej niewykonalne.

W końcu nie na darmo mówi się, że orgazm kobiecy to nie taka prosta sprawa i zależny jest od mnóstwa czynnków.

Utarło się stawiać kobietę w opozycji do porodu. Poród jawi się jako coś/przeciwnik, z czym/z którym trzeba walczyć.
Ja też bałam się swojego pierwszego porodu. Bałam się do czasu...
Aż pewnego dnia zaczęłam czytać relacje z porodów jakie przyjęła położna Irena Chołuj.
I zrozumiałam.
Zrozumiałam, że wystarczy zaufać swojemu ciału. Że wystarczy w jego „ręce” przekazać władzę, a ono już nas poprowadzi. Wyraziłam zgodę na to, co się będzie działo z moim ciałem i okazało się, że ja, dla której comiesięcznie pierwszy dzień okresu bez tabletek przeciwbólowych był dniem nie do zniesienia, swój poród (który trwał przeszło 12 godzin) przeżyłam bez jakiegokolwiek znieczulenia.
Możecie uznać „ech, wymądrza się”. Macie prawo.
Ale uważam, że naprawdę warto traktować poród jako ekspresję kobiecej mocy a nie jako skaranie  i dopust boży.
Mimo, że swój poród przeżyłam w domu, pozostał we mnie pewnien niedosyt. I jeśli kiedyś jeszcze raz przyjdzie mi grać jedną z dwóch głównych ról w tym wydarzeniu, to postaram się jeszcze pełniej w nim zanurzyć i jeszcze głębiej go przeżyć. Bo to naprawdę jest Wydarzenie przez wielkie „W”. I jest w nim zawarta wielka moc. Moc wszystkich kobiet.
Pozdrawiam te wszystkie kobiety, które właśnie oczekują przejścia na drugą stronę lustra.
Pięknie, głęboko i świadomie przeżytych narodzin Waszych dzieci Wam życzę.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Planowałam to już od dawna.

Z pełną determinacją.


Dzisiejszy wieczór spędzę z pewnym napalonym i rozgrzanym egzemplarzem.
Ruszę z nim w tany, a co.

Jakoś przecież muszę zlikwidować tę masę wypranych rzeczy kotłujących się na suszarce i desce do prasowania.

Hania okrzykiem wojownika wezwała mnie na nocne żerowanie.
Zabieram więc małego krzykacza z jej łóżeczka, rozsiadam się w fotelu;
cysterniaka na wierzch wyprowadzam i podłączam.
Tankowanie uruchomione.
Ponieważ godzina to duchów więc powoli mój umysł szybuje w kierunku niebytu myśleniowego. Jedynie siła instynktu macierzyńskiego sprawia, że moje ramiona nie rozluźniają się i dziewczątko nadal w uścisku nelsońskim pozostaje w miarę bezpieczne.

Wskazówki niestrudzenie odmierzają kolejne minuty na tarczy.

Tik, tak, tik, tak...

Powoli wyczuwam, że siła zasysania powoli słabnie; oddech się wydłuża, ciałko coraz bardziej bezwładne.

Oho, czas wkroczyć do akcji.

Delikatnie podnoszę się z fotela, a dłonie powoli przenoszą Śpiącą w kierunku jej materacyka. Już niedaleko, jeszcze chwilka i nastąpi moment delikatnego lądowania.
Hania wyczuła, że opada, że już nie przylega szczelnie do maminych krągłości, że zapach mleka coraz bardziej ulotny się staje.
Śpiące oczka zaciska jeszcze bardziej, usteczka w mgnieniu oka w podkówkę się układają, płucka zaciągają więcej powietrza, ażeby efekt wokalny skuteczny był i jak nie ...
Zdążyłam zareagować. Okrzyk niezadowolenia nie zdążył się jeszcze w pełni wykluć.
Hania czuje, że już nie opada delikatnie w dół tylko ruchem wznoszącym unosi się w kierunku mamy, zapach mleka zaczyna na nowo drażnić receptory dziecięcego noska. I tak podążając tym delikatnym lotem ku mnie, powieki się dziewczątku jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozluźniają i pełne ukontentowania mlaskanie słyszę.

Jednego Oskara dla tej małej aktoreczki poproszę przy następnym rozdaniu...

czwartek, 26 sierpnia 2010

... w swoim życiu przeczytałam.
Z nich narodziły się marzenia:
- przeżycia wielu przygód jak "Ronja córka zbójnika",
- o księciu z bajki walecznym, ambitnym, szarmanckim, nieustraszonym (wiele tytułów mogłabym tu wymienić, bo ta tematyka jakoś przebogaty dorobek ma),
- posiadania paczki zgranych przyjaciół ("Dzieci z Bullerbyn", czy też polska ich wersja z Leszczynowej Górki)
- o byciu kimś ważnym, kto ma ważne zadanie do wykonania (literatura Fantasy - cała Andre Norton - szkoda, że nie żyje - poczytałoby się coś nowego)
- o miłości tej prawdziwej i romansie wszechczasów (List do Koryntian i cała twórczość Nory Roberts - no cóż trochę niefortunne zestawienie, ale cóż).

Ot marzenia małej dziewczynki i dorastającej pannicy.
I co?

I jako kobieta mhmm...  dojrzała musiałam te moje marzenia pogrzebać, odstawić na boczny tor, a pragnienia serca przydusić troszeczkę. I tak w tym stanie lekko zawałowym musi dalej to serducho bić i napędzać krwioobieg mój.
No proszę, kilka dni odkąd mąż się ulotnił (znaczy się szef wysłał go w inną strefę czasową i kontynent odmienny od naszej starej Europy) a mnie jakieś frustracje dopadają. Oj trzeba uważać, bo historia zna kilka przypadków frustratów.
Jak chociażby ten, którego nie przyjęli na Akademię Stuk Pięknych i zmagający się z deficytem uczuć ojcowskich. Adolf miał na imię i nic dobrego z tego nie wyszło, jeno dramat dla ludzkości.

A Hanka szaleju się chyba gdzieś nawdychała.  Już bodajże 6-ty raz wzywa mnie od zaśnięcia. Horrorki jej się śnią czy cuś, a może cycuś?

środa, 25 sierpnia 2010

 

 

Dziamdziolińską usilnie próbuję przekonać, że osiem godzin ciągłego nocnego snu to jest to co mamy lubią najbardziej.
Hanulka ma żołądeczek o pojemności czterogodzinnej; po tym czasie żąda nowej, świeżej dostawy.
I nijak tej jej czterogodzinnej pojemności żołądka (lub psychiki) zwiększyć nie potrafię - sposób na: mleko mamy + kaszka na wieczór - bez echa przechodzi, o północy pobudka i tak gwarantowana;
Potem to już tracę kontrolę - bo przenosząc córcię do naszego łóżka uruchamiam samoobsługę - póki ciepło za oknem, sypiam nago i Hania skrupulatnie to wykorzystuje podpinając się do dystrybutorków w miarę jej widzimisięmlekochcenia; mąż niestety nie wykorzystuje faktu, że obok niego niewiasta nago śpi:(- żonkiś ma zwyczaj spać snem sprawiedliwego.

Ostatnio coś w telewizji mówili o jakiś dystrybutorach świeżego mleka – może uda mi się taki zdobyć i w zasięgu hanusiowego łóżeczka postawić. Wieczorem wystarczy tylko dziewczę zaopatrzyć w kasę i niech sobie dziewczyna kupuje za swoje zaskórniaki. Może pokusa oszczędzania na karuzele i inne przyjemności pobudzi Hankę do oszczędzania czyli rzadszego dopominania się o mleko ;)