napisane w wolnym czasie, kiedy to przemyślenia na temat macierzyństwa i tematów pobocznych w głowie mej miejsca wolnego już dla siebie znaleźć nie mogą
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Zakładki:
Inspirujące
LEKTURA OBOWIĄZKOWA
Mama Zone
Męskim okiem widziane
Namiętnie poczytuję
TEŻ MOJE
To właśnie MIŁOŚĆ
W uśpieniu
Lilypie Kids Birthday tickers Liczniki na stonę
Kategorie: Wszystkie | 1001 drobiazgów
RSS
piątek, 21 lipca 2017

Człowiek to istota społeczna. Do prawidłowego rozwoju potrzebuje więzi międzyludzkich. Niektóre więzi z czasem ewoluują. Zacieśniają się. Jak pętla na szyi...

09:18, wiklasia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 lipca 2017

Wałek w kobiecej dłoni to - oględnie rzecz ujmując - sytuacja potencjalnie niebezpieczna.
Zwłaszcza jeśli tym wałkiem zaczyna się wymachiwać.
Zwłaszcza jeśli wymachiwanie ma miejsce na poziomie powyżej głowy.

Od kilku dni mogę powiedzieć, że wałek to mój stały towarzysz niedoli (na własne życzenie). Wałek i farby. 

Jako jeden z pierwszych został wytypowany pokój Hani. I tak dawny zielony został przeflancowany na (w drodze kompromisu) cukierkowy różowy (zęby samoistnie mi zgrzytają przy tym kolorze) i słoneczny żółty.
A niech tam, niech dziewczyna ma. No bo kiedy, jak nie w latach dziecięcych ten różowy? Lepiej teraz niż potem. I lepiej żeby na ścianie, a nie w garderobie czy w głowie się zagnieździł.
No nie lubię, nie lubię całej tej manii różowo-dziecięco-dziewczyńskiej. Bo ten róż to dla mnie takie słodkie pierdziu-pierdziu, landrynkowaty kicz. A ja lubię jak kobieta jest wyrazista. Konkretna. Ma charakter i moc. Nawet jeśli ma lat zaledwie kilka, a cóż dopiero gdy kilkanaście lub kilkadziesiąt. A jaki charakter i siłę prezentuje dziewczątko w tonacji róż - odziane od stóp po czubek głowy w róż, otoczona różowymi zabawkami? Ja w takim zjawisku nie odnajduję nic innego jak tylko przesłodzony infantylizm. Tak już mam, że nie lubię i już.

Przedwczoraj i wczoraj, a także dziś walczyłam z sypialnią. Znudziła mi się szpitalna biel ścian i bezwyrazowość owych (niektórzy nowomodnie nazywają ten stan stylem skandynawskim - ową surowość w posługiwaniu się kolorem i oszczędność w formie). Nuda, to jak wszystkim wiadomo stan niewskazany, niebezpieczna rzecz - tak w życiu, jak i (a może zwłaszcza) w sypialni ;)
Tak więc, by temu zapobiec jedną ze ścian przemalowałam na kolor nieba.
Kiedy tak tańcowałam z wałkiem i niebieską farbą (dosłownie i w przenośni cheek to cheek) to jakoś tak samoistnie w mej głowie zawitał poczciwy Franek Sinatra ze swoim: Heaven, I'm in heaven. Oby jego słowa w końcu się ziściły (w sensie przenośnym oczywiście, a nie dosłownym). Kiedyś. Najlepiej żeby tak w niedługiej przyszłości. Nie w najbliższej pięciolatce czy dziesięciolatce. Chciałabym już. Teraz. Nie chce mi się i nie mam już sił, by na to ziszczenie długo czekać. Choć niestety nic na razie nie zapowiada, że będę mogła z radością w sercu i pieśnią na ustach zanucić za Frankiem Heaven, i'm in heaven (zwłaszcza po dzisiejszej porannej kłótni mój stan daleki jest od niebiańskiego).

07:14, wiklasia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 lipca 2017

Prosta zasada dotycząca wyścigów brzmi: kto pierwszy ten lepszy. Do nagrody głównej startuje wielu chętnych. Ci skrzydlaci również.


 
Siatka osłaniająca ma być dostępna dopiero w czwartek. Trzeba się więc spieszyć.

 

edit:
Takich zielonych nie zjadamy :). Zdjęcie przedstawia stan sprzed około dwóch tygodni.

Tagi: foto
07:53, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 lipca 2017

 

Instynkt łowiecki ma się dobrze.
Godzina 7.00 rano - mężczyźni są na łowach. Sądząc po objętości reklamówek łowy zaliczyć należy do udanych. 90% ludzi mijanych przeze mnie na ulicy biegnącej do sklepu w jednej z nadmorskich miejscowości to mężczyźni. Z jednej strony to budujące, że są jeszcze mężczyźni, którzy dbają o taki drobiazg jak ciepłe pieczywo na śniadanie. Z drugiej strony smutno, i trochę żal, i zazdrość z lekka podszczypuje, że na tej ulicy rano to ja, a nie on. Powiedziałam mu o tym. W połowie urlopu instynkt łowiecki i u niego się obudził (a może to poczucie przyzwoitości?).

Ciągnąc wątek gastronomiczny - kulinarna oferta przyulicznych lokali żywienia zbiorowego od jednej sztancy odbita. Nawet zestaw surówek do różnych dań, w różnych lokalach, w różnych dniach wciąż ten sam i jak posąg ze spiżu niewzruszenie na talerzach trwa - buraczki + marchewka + kapusta. Mam nadzieję, że w tych gwiazdkowanych, hotelowych sytuacja ma się nieco odmiennie.

Wcale nie jest tak jędrnie, gładko i mięsiście jak prezentują to instagramy. Jest normalnie, po ludzku, bez napinki. Królują oponki, fałdki, cellulity. Nikt się nie pręży i nie napina jak pewna Gośka co to "gotowa na plażę, a on jeszcze śpi".

I nie wódź nas na pokuszenie, ale uchowaj od zbędnych kalorii - przejście deptakiem to ciągła walka z aromatycznymi zapachami unoszącymi się na każdym rogu i atakującymi nozdrza. Gofry, lody, kebaby, zapiekanki, milkshake-i, drożdżówki, kukurydze, kawy wszelakie, frytki na kiju i inne cuda. Cudem udało mi się zgrzeszyć tylko raz, ale za to jak pysznie :). Najpyszniejszy gofr od czasu Jarosławca, a trzeba dodać, że Jarosławiec to jakieś 10 lat wstecz miał miejsce.

Bezczynne leżenie na piasku nie dla mnie. Szwendałam się więc po lesie. I  mimo, że sosnowy las nie pachniał obłędnie jak to ma w zwyczaju (temperatury iście nie olejkowe) to widok bielika lecącego bezszelestnie wśród drzew - zapierający dech w piersiach. Przy nim spotkanie oko w oko z lisem, które też miało miejsce to błahostka.

Zresztą, co ja Wam będę tu pisać. Przecież doskonale wiecie jak to nad Bałtykiem latem bywa.