napisane w wolnym czasie, kiedy to przemyślenia na temat macierzyństwa i tematów pobocznych w głowie mej miejsca wolnego już dla siebie znaleźć nie mogą
| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
Inspirujące
LEKTURA OBOWIĄZKOWA
Mama Zone
Męskim okiem widziane
Namiętnie poczytuję
TEŻ MOJE
To właśnie MIŁOŚĆ
W uśpieniu
Lilypie Kids Birthday tickers Liczniki na stonę
poniedziałek, 01 listopada 2010

Właściwie zamiast spójnika "i" bardziej adekwatny byłby spójnik "a".
A zamiast czasownika modalnego "może" właściwsze byłoby użycie czasownika "potrafić".
Zacznę więc jeszcze raz....
Więc - niby mały człowiek, a potrafi:
1) przewrócić świat dorosłego człowieka do góry nogami;
2) doprowadzić dobrze wychowaną kobietę nieużywającą przekleństw na skraj wytrzymałości psychicznej skutkującej przyśpieszonym kursem łaciny i intensywnym stosowaniem w praktyce tegoż języka
3) dokonać transformacji statecznego flegmatyka w wybuchowego choleryka
4) na nowo wyzwolić w człowieku pokłady dziecięcej radości, która z upływem lat  zdążyła już pokryć się patyną i z lekka zruścieć
5) odkurzyć w ciele dorosłego pamięć radości istnienia i zabawy
6) roztopić i zmiękczyć nawet najtwardsze tytanowe serca.
7) ...
8) ...
9) ...
itd.

I wychodzi z tego taka neverending story

21:28, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 października 2010

...chyba przyjdzie mi się zaopatrzyć. Powoli dochodzę do wniosku, że to najlepsze wyjście. Wczoraj złapałyśmy panę po raz czwarty w przeciągu trzech zaledwie miesięcy. Jakaś czarna seria czy coś?
Do tej pory uważałam, że nie ma to jak solidne, pompowane koła w wózku dziecięcym.
Do tej pory sprawdzały się rewelacyjnie.
Do tej pory pomyślnie przeszły wszelkie testy z zakresu jazdy zimowej, plażowej, duktami leśnymi. A okazało się, że rozłożyła je jazda miejska.
A może tak zarozumiałe się stały przez te pozytywne wyniki z jazdy terenowej, że z dumy pękać zaczęły?
Mąż śledztwo na dętce przeprowadził (po raz czwarty) i z miną cokolwiek zadumaną i niepewną spytał czy abym przypadkiem nie wstąpiła w szeregi jakiegoś tajnego bractwa, które swoim adeptom każe po szkle spacerować?
Rozumie, że na wychowawczym kobieta odczuć może nieprzepartą pokusę urozmaicenia sobie dnia codziennego i różne szalone pomysły do głowy wpaść mogą (łącznie z brataniem się z jakimiś szklanymi bractwami), ale z tego stowarzyszenia to on prosi, żebym się wypisała i zaprzestała swoich po szkle spacerowych praktyk.
Ja też, a właściwie moje zginacze i prostowniki ramion z chęcią by przystały na tę sugestię. Bo mięśnie me po transportowaniu Hanki w objęciach swych (bo trzeba było "Wsad" z wózka wyciągnąć, żeby do przebitej dętki nie dorzucić jeszcze zdeformowanej i pokrzywionej felgi) też ochoty najmniejszej na powtórkę z rozrywki nie mają.
Ale cóż robić. Zabawiać się w Kopciuszka i na planowanej trasie spaceru dzień wcześniej szkło od ziaren piasku i innych takich oddzielać. No way!
Pozostaje mi tylko w zapasowe koło się zaopatrzyć. I mimo, że wypadłoby, że to piąte koło u wozu to wcale nie byłoby to koło zbędne czy niepotrzebne. :)

piątek, 29 października 2010

Na pierwszy ogień wystawiam barmana z przybytku gastronomicznego o romantycznej nazwie "U Jadźki" zwanym.
Trafiliśmy do owego lokalu z polecenia i niejako z oszczędności (poprzedniego dnia zaszaleliśmy z ogromniastymi dorszami w jednej ze smażalni siejąc tym spustoszenie w portfelach naszych). Z założenia miał to być wypad jednorazowy, ale jak już wdepnęliśmy to utonęliśmy. Ja rozpłynęłam się w całości w podawanym tam żurku (na samo wspomnienie
wyczuwam, że moje ślinianki podjęły właśnie wzmożoną pracę w moich ustach) i w barmanie. Człek to był postury znacznej, radości wręcz tryskającej z oczu i głosie tubalnym. A z twarzy, niby to surowej, nie schodził ukrywany pokątnie (ale jednak dostrzeżony przeze mnie) uśmiech.
Te jego zawołania biegnące przez salę całą i odbijające się po wszystkich kątach: "żur stygnie!", "dwa barszcze migiem!", "węgra na ruszt!" połączone z kipiącą od niego radością życia stanowiły dla mnie istną symfonię. Zaczęłam tam przychodzić codziennie. I już nie wiem, czy to dla wyśmienitego żurku czy dla pociągającego mnie werbalnie i życioenergetycznie barmana.

Ciągnąc dalej ten gastronomiczny wątek...
Ponieważ nadmorskie gofry są miłością mą przez cały okres pobytu nad morzem, dla wyrównania bilansu energetycznego wieczorami chodziłam sobie wzdłuż plaży z kijkami.
Gnając tak pewnego wieczoru przed siebie nagle objawili mi się plażowicze soute...
Zwolniłam.
Ucieszyłam się, że wzięłam ze sobą okulary.
Postanowiłam wykorzystać nadarzającą się okazję i wzbogacić mą dość mizerną kolekcję nagich mężczyzn podziwianych z bliska. Nie licząc młodocianych i niemowlaków raptem uzbierało się ich (nagich mężczyzn "na żywo") w moim dotychczasowym życiu sztuk dwie.
Mizeria - dorobek w dzisiejszych czasach raczej na miarę 14-latki, a nie kobiety mhmm...
trzydziestokilkuletniej.
Niestety, ku rozpaczy mej obiekty poddane mej obserwacji (jakoś tak się nieszczęśliwie złożyło) ustawiły się tyłem do kierunku mego patrzenia.
:(. Nie, żebym prowadziła statystyki porównawcze ;).

Za to drugiego i trzeciego dnia wiadomo było którędy biec będzie moja trasa treningowa. :)

23:20, wiklasia
Link Dodaj komentarz »

...być kobiecą domeną zawładnęło moim mężem - głowa go rozbolała. W obliczu morskiego zewu niezdolna się stałam do wykrzesania jakiegokolwiek odruchu miłosierdzia Matki Teresy z Kaluty względem ślubnego mego. W tej sytuacji wysłał się więc sam do łóżka w celu odebrania sobie przysługującej mu, a zarwanej nocną jazdą dawki snu. A my z Hanką zaczęłyśmy nasze wakacjowanie. Na pierwszy ogień naszych wakacyjnych manewrów obrałyśmy naszego gospodarza. Wkroczyłyśmy do jego punktu konsultacyjnego na krótką acz treściwą pogawędkę: co?, gdzie?, warto?, nie warto? Przy okazji oskubałyśmy go ze słodkich krówek. Zaopatrzone w świeżą wiedzę ruszyłyśmy na rekonesans. I tu okazało się, że Hania trafiła w swój żywioł. Promenada (no powiedzmy, że w przypadku Rowów to człowiek ma do czynienia raczej z promenadką, a nie Promenadą) to było to. I od tej pory tylko T O się liczyło. Dziewczątko roztaczało swój urok osobisty posyłając na lewo i prawo uśmiechy, zagadując przechodniów, wymachując kapelusikiem i innymi tekstyliami, które znalazły się w zasięgu jej rączek. Pozdrawiając tłumy, raczyła od czasu do czasu łaskawie rzucić coś (czyt. kapelusik) na pamiątkę w ten "rozentuzjazmowany" jej widokiem tłumek wielbicieli. Doskonaliła się w sztuce flirtu nie przepuszczając nikomu, czy to był dwuletni chłopczyk, czy starsza pani, zamężny, czy nie - na każdym wypróbowywała moc swojego osobistego uroku. Trochę zdębiałam. Potem poczułam się nieswojo. Ok. Jak każda matka uważam, że moje własne dzieciątko jest ładne, ale bez przesady. Żeby zaraz takie "ochy" i "achy" i "o jezunie". Fakt, jak wyskoczyła z czeluści mych wnętrzności sama byłam zaskoczona, że Toto takie czyste, nieopuchnięte zbytnio, po prostu ślicznota (choć jak teraz zerkam na jej pierwsze fotki to nijak tej śliczności dopatrzeć się nie mogę - gdzie ja wtedy miałam oczy? Ano fakt - byłam totalnie zbombardowana endorfinami i innymi takimi produkowanym przez mój organizm opiatami). Więc ok - nic jej nie brakuje, ale tego zauroczenia i zachwytu wakacyjnej gawiedzi nad potomkinią mą nie rozumiałam. Dziecię me rozsmakowało się w promenadowaniu i musiał to być żelazny punkt każdego dnia. A jak zobaczyła automaty do gry i inne takie... ło matulo!! W oczkach zamiast źrenic pojawiły się dolary. Jak w dobrej disneyowskiej kreskówce. W przyszłości obawiam się o moje finanse. Może do tego czasu ta pasja jej minie... Hanulka odkryła radość w promenadowaniu, a w czym ja się rozsmakowałam o tym będzie następnym razem, kiedy opowiem o ...

19:32, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 października 2010

... się zrobiło więc żeby przywołać wspomnienie lata, o naszych tegorocznych rowieńskich wakacjach sobie wspominam:

wyruszyliśmy

...... pod osłoną nocy i przy blasku księżyca.
W atmosferze lekkiego napięcia, które zwyczajowo na śląsku nazywa się reisefieber.
I gdyby nie odgłosy od czasu do czasu wydawane przez Hankę mogłabym uwierzyć, że oto mój romantyczny mąż (niestety ścisłowiec z niego straszny, romantyzm mu obcy zupełnie) porywa mnie - swą ukochaną (jeśli takim mianem można obdarzyć wiecznie czepiającą się żonę - tak, tak - stałam się takim egzemplarzem *) ) w romantyczną podróż w nieznane.
No, ale schodzę już z tych obłoków na ziemię.

Do Łodzi było w miarę sprawnie, szybko i miło.
Potem za sprawą jednego przycisku podróż stała się monotematyczna. A to za sprawą pewnej "pani", która zadomowiła się gdzieś w przedniej części samochodu i od tej pory nic tylko słychać było "jedziesz z niedozwoloną prędkością, jedziesz z niedozwoloną prędkością, ...". Gwoli wyjaśnienia - mimo, żem marudnym egzemplarzem - to nie byłam to ja. Te niekończące
się utyskiwania wychodziły z "ust" Dzipsy czyli GPS-a.

Pod Włocławkiem wpadliśmy. Nie, nie. Nie żebyśmy nagle na poboczu drogi dali upust ogarniającym nas dzikim żądzom i uprawiali szybki seks bez zabezpieczenia podczas owulacji. Nie, nie. Nic z tych rzeczy. Wpadliśmy w ogromniasty korek.
Czas płynął, a my staliśmy.

I staliśmy.

I staliśmy.

W końcu doczołgaliśmy się jakoś do Torunia.

Zarządziłam przerwę.
Po pierwsze - bo lubię Toruń (co absolutnie nie jest jednoznaczne z lubieniem Ojca Dyrektora :)),
po drugie - Hance należało się wylegiwanie na trawie.
Ponieważ zmęczenie i znużenie powoli dawały nam się we znaki więc i nastrój jakiś wojowniczy się wytworzył. Jakieś tam marudzenia, kwękania i ogólne czepialstwo o nie wiadomo co próbowało nami zawładnąć. W końcu udało nam się poskromić te zapędy.

Żonkiś poprosił o zamianę za kierownicą. Hura!!! Bo przed nami autostrada. Przez chwilę mogłam poczuć się jak młodszy Kubica. Niestety, jak to w Polsce bywa - prędzej czy później (w polskich warunkach niestety bardzo prędko) autostrada w końcu pokazała nam swój koniec.

W Gdańsku ślimaki nas wyprzedzały ...

Tabliczkę z napisem Rowy ujrzeliśmy dopiero po około 16 godzinach jazdy...

 

cdn

 

*) czepialski egzemplarz - nie oznacza w tym przypadku uczepiania się różnych części ciała współmałżonka, albo jak rzep psiego; egzemplarz czepialski = generujący o wszystko pretensje

23:24, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 października 2010

jesień....
drzewa mi się rozpłakały;
dziś całe popołudnie ich liściaste łzy z trawnika zbierałam.

23:15, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 października 2010

puk, puk...
stuka
tylko co?
Mętnym wzrokiem wodzę dookoła.

Świta....
puk, puk ....
z wnętrza dochodzi to stukanie...
taaa...., serce me puka stale, ale to nie to...
puk, puk...
Ok. Rozglądam się podejmując nikłą próbę zlokalizowania natrętnego pukacza.
Jedno oko otwarte, drugie dołącza do pierwszego. Rejestruję nasze łóżko, a my w nim -  czyli codzienny standard. Oprócz tego na pofalowanym pościelowym horyzoncie majaczy mi Pijany Zajączek czyli Hania. Niedospane niebożątko, ze wzrokiem mętnym jak próbka wody z Wisły pobrana do analizy z okolic Krakowa co i rusz przewala się wśród wzburzonej pościeli. Próbuje trzymać fason czyli pion, ale z miernym skutkiem. Piszę -Zajączek, bo jak na prawdziwego marchewkożercę przystało komplecik ząbków ostrych jak brzytewki ma i nie waha się ich używać. Piszę - Pijany - bo przetacza się wśród pościeli i pionu utrzymać niezdolna.  Wygląda na to, że próbuje zlokalizować resztki snów, które może gdzieś się w naszej pościeli zawieruszyły. A może (tu odezwał się mąż mój) tak wczesnym rankiem baru mlecznego poszukuje. Bo przecież nie od dziś wiadomo, że na kaca mleko najlepsze jest. Patrzę na zegarek, ignorując nachalne już dobijanie się - ósma dochodzi. No dobra. Otwieram. Pijany Zajączek momentalnie lokalizuje jadłodalnię i z minką wielce ukontentowaną rozpoczyna konsumpcję.
A na mnie w tej chwili olśnienie spływa.
To dobijała się myśl do umysłu mego.
Rany!!!
Jesteśmy w posiadaniu kabiny teleportacyjnej!

Budowa cokolwiek toporna jest jak na takie jej cudowne właściwości. Raptem kilka oheblowanych desek i komplet szczebelków. Wnętrze kabiny wyścielone jest materacem obleczonym w zielony kocyk. Dookoła osłony przeciwrozpraszające z motywami zwierzątek zamontowane są. Głównym testerem jest nasze kobiedzieciątko. Czynnikiem uruchamiającym proces teleportacji jest sygnał dźwiękowy nadawany przez Hanię. Skutecznie nadawany.
Donoszę, że kabina teleportacyjna działa.
No bo jak wytłumaczyć fakt, że koHaniątko co wieczór troskliwie wkładane przeze mnie do owego ustrojstwa niezmiennie co rano lokalizowane jest w naszym łóżku.
Poszliśmy z postępem montując te niewinnie wyglądające dziecięce łóżeczko i umieszczając je w sypialni.
A może ktoś tu podstępem próbuje wymusić swą poranną obecność nie w tym miejscu co trzeba i rankiem kaca tak zwanego moralniaka ma

poniedziałek, 25 października 2010

Powyższe oto zdanie wpadło mi w oko podczas szperania w internecie. A ponieważ temat jest mi bliski, nie zdzierżyłam i stąd to moje pisanie.
Obrzydliwe? - tylko co w tym obrzydliwego?
Dziecię obrzydliwe? - jeśli tak, to nie mam więcej pytań
Pierś obrzydliwa? - niestety nie zwróciłam uwagi na płeć osoby, która taką opinię wyrażała (choć nick na forum nie zawsze jest odzwierciedleniem płci danego osobnika). Więc jeśli to była kobieta - to wyrazy współczucia, bo jak taka  co dzień spogląda do lustra i napotyka się na takie "obrzydlistwo" , które zakwitło na jej klacie - trauma do końca życia gotowa. Jeśli facet (a najprawdopodobniej heteroseksualny (chyba, że mieści się w tych szacunkowych 3-13% homoseksualnych)) - to też współczuję, tak obcować z kobietą wyposażoną w te "obrzydlistwa" ; no chyba, że ta część kobiecego ciała jest przez niego z premedytacją niezauważana (w co wątpię).
Wkurza mnie taki faryzeizm i obłuda. Jeśli kobiece piersi w zaciszu domowej alkowy są pożądane, to dlaczego "tępi" się je poza alkową. Jakoś nie spotkałam się z tym, żeby kobieta karmiąca etapowała swoim biustem na prawo i lewo podczas karmienia. Z reguły robią to dyskretnie.
A może obrzydliwe jest karmienie swojego dziecka, jak poprosi (czasem jest to głośne żądanie o wysokiej ilości decybeli) o jedzenie? Może ów osobnik (ten, dla którego to obrzydliwe) nigdy w miejscu publicznym nie spełnił prośby swojego dziecka, które prosiło np. o bułkę, bo karmienie swojego dziecka w miejscu publicznym jest... obrzydliwe.
A tak w ogóle to jestem wielbicielką kobiecych piersi (ale tak w normie, bez żadnych  odchyłów ) i jeśli dla kogoś ich fragment ukazujący się światu podczas karmienia jest nieestetyczny to postuluję wprowadzić prawo zabraniające bywania w miejscach publicznych osobom z krzywymi nosami, łysym, noszącym okulary i tych powyżej 70 lat życia - bo to też może być.... obrzydliwe.
Ech, ciśnienie mi podskoczyło.
Możliwe, że osobnik ów ma problem z seksualnością i cielesnością. Przecież pierś jest ... ludzka. Żadne monstrum jakieś (no chyba, że Pamelowskie) i wystawiane jest na światło dzienne, nie żeby etapować seksualnością, ale żeby nakarmić.
Dla mnie moje piersi podczas karmienia tracą aspekt seksualny, odzyskując go w innych "okolicznościach przyrody".
Rozumiem, że na mężczyznę widok kobiecej piersi (mimo, że "zasłoniętej" przez dziecko) może działać erotycznie (i dlatego my karmiące szanujemy to zasłaniając te fragmenty pieluszką / apaszką / itp), ale oburzenie kobiet ? Niezrozumiałe dla mnie.

A tak pozostając w tematyce mlecznej:
Hania rozbraja mnie swoimi postawami podczas karmienia, bo zdarzyło się jej przyjąć postawę:
a) na boksera z piąstkami wokół piersi dając do zrozumienia każdemu, kto by spróbował oderwać ją od niej :"tylko spróbuj, zbliż się to oberwiesz";
b) modlitewną - rączki splecione wokół piersi jak do modlitwy, a minka wyrażała: " Panie Boże, tylko żeby tego mleka nie zabrakło, więcej proszę"
c) "nie przeszkadzać, przecież zajęta jestem" robiąc minkę wielkopańską z podniesioną dłonią z wyprostowanymi i połączonymi wszystkimi paluszkami
d) na operatora koparki - chwyta jeden mój palec i zawzięcie nim steruje

Ależ Fidel Castro się ze mnie zrobił - przydługawy ten dzisiejszy wpis . Kończę zatem. Pobluzgałam sobie i trochę mi przeszło, a jakie jest Wasze zdanie?

sobota, 23 października 2010

A jednak mnie zdradziłeś. Poczucie dojmującego smutku mną owładnęło. Przecież ty i ja mamy iść przez życie razem. Bóg, los, przeznaczenie zadecydował, że będziemy stanowili jedno; związał nas aż do grobowej deski.

Dlaczego tak się stało?
Zawiedzione nadzieje i oczekiwania względem ciebie bolą.
Powoli oswajam ten smutek.
Ale wiesz co? Może i masz prawo do tego co się stało.
Przypomniały mi się słowa, dawno temu wypowiedziane: Ile ktoś włożył, ile dał, tyle otrzyma.
Masz rację. Zaniedbywałam cię. Te kilka chwil kiedy przychodziło opamiętanie i nagłym nadmiarem mojej uwagi i troski chciałam ci zrekompensować brak uwagi na co dzień to zbyt mało i zbyt późno. A ty zawsze przy mnie trwałeś, niezmiennie. I wtedy kiedy w liceum zajadałam stresy, i przy każdej nieprzespanej nocy, przy chorobie, przez całą ciążę, przy porodzie i po nim. Przyznaję -  czasem zdarzyło mi się badać ile jeszcze wytrzymasz, jakie są twoje granice, kiedy powiesz: "dość".
Raz przeprowadzałam cię przez głód, chłód i zapomnienie by potem w twoje wnętrze wtłoczyć masę słodyczy.
Miałeś prawo tak zareagować. Miałeś prawo do buntu.
Przecież i z pustego Salomon nie naleje.
Nie musisz spełniać wyśrubownych standardów stawianych ci przeze mnie.
Możesz żyć po swojemu. Ty - moje ciało trzydziestotrzyletniej kobiety po porodzie.
Zasłużyłes na to.

piątek, 22 października 2010

Wróciłyśmy ze spaceru.
Hania jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po wjechaniu w progi domostwa obudziła się i otworzyła swoje oczka w kolorze ultramaryny.
Nasze spojrzenia spotkały się.
Mimo, że umiem pływać - utopiłam się. Zatopiłam się w tym Jej spojrzeniu i zapragnęłam tak pozostać w nim i nurzać się w jego głębi.
W tamtej chwili patrzyłam na Prawdę, Czystość i Nieskazitelność.
Jej spojrzenie było jak czysta, źródlana woda.
Dwie cudowne kropelki.
Ja sama w tym momencie poczułam się jak kropla wiślańska z okolic Żuław. Zanieczyszczona wtłaczanymi mi od dzieciństwa regułami, "zasadami przyzwoitości", podczyszczana przez nieudolne z rzadka podejmowane próby dotarcia do własnego ja, "wzbogacana" pestycydami spływającymi z pól obsianych opiniami innych, ziarnami obłudy, pseudożyczliwości i tym co wypada, a co nie; ujmowana w karby przybrzeżnych obetonowań ograniczających i pacyfikujących mój naturalny swobodny nurt i siłę spływu. Przefiltrowana przez oczekiwania środowiska. Stara, zmaltretowana; ta, która zagubiła gdzieś po drodze całą Prawdę o sobie.

Przeczytałam gdzieś, że żeby dojść do źródła trzeba iść pod prąd.


Zawracam.


Do źródła.

 

20:55, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 października 2010

Prośba o akredytację do objęcia funkcji piórnika zgłoszona
Biust mój aspiruje.
Większość dziewczyn na pewno doskonale wie co to test ołówka i na czym on polega.
Więc okazało się, że biust mój ma aspiracje nie byle jakie i jednym ołówkiem to nawet sobie "głowy" zawracać nie będzie. Postanowił iść na całość i w rolę piórnika na sztuk kilka chęć zgłosił. Na początku, tuż po porodzie czarno to widziałam. Bo od nadmiaru substancji mlecznej dumnie prężył się z każdej strony. O żadnych zwisach mowy być nie mogło. Jednak z czasem spuścił z tonu i ....z poziomu.

Zgłoszona na zawody

Niestety nikt nie uprzedził. Nawet nie zapytał. A ja tak nie lubię biegać. A tu przyszło mi ścigać się na czas z pęcherzem moim. Jak tylko poczuję, że presję wywiera, szukać muszę pewnego porcelanowego.
Chyba muszę polubić bieganie. Balsamem dla duszy mej jest świadomość, że przecież "Cała Polska biega". Od porodu to moje ulubione hasło z reklamy społecznej.

Resume
Postanowiłam się z tego wszystkiego śmiać. Ale już nie przez łzy. Tych to wylałam już ocean cały.
Postanowienia na przyszłość?

W kolejnej ciąży będę strażnikiem mej wagi. Pilnować będę tych optymalnych 12-15kg.

A co będę na mym biuście wyczyniać? Ano pasmanteryjnie mnie naszło. Od zawsze lubiłam robótki ręczne więc powinno się udać. Jak biust po zabiegach naciągania przez Hankę (i ewentualne kolejne dziecię) opadnie mi do pępka (ale do tego na szczęście jeszcze droga daleka, bo pępek po ciąży też się w dół przemieścił) to podratuję go (biust oczywiście, nie pępek) wszywając sobie dwa guziki w okolicach pach. A ponieważ piegowata jestem obficie, tak że dwa dodatkowe quasi pieprzyki nie powinny za bardzo rzucać się w oczy. Wybór w pasmanterii przeogromny więc z doborem odpowiedniego koloru nie powinno być problemu najmniejszego. Potem pozostanie mi tylko przekucie części piersi brodawką zwanej, ostębnowanie i gotowe - będę mogła swoje piersi podpiąć i może jeszcze jakoś fantazyjnie udrapować jak jakieś firaneczki .Ot i problem z głowy!

A i jaka radocha przy szydełkowaniu :)

środa, 20 października 2010

...czyli co przybyło, co ubyło i co pozostało rok po porodzie.
Natchnienie do napisania tego postu przyszło po lekturze bloga zalotnicyniebieskiej (Do lata, do lata....)

Galaretka- czy zawsze apetyczna?
Niestety nie w moim przypadku.
Ohydztwo.
Ciężkostawna okazała się dla mnie.
Pojawiła się po porodzie. Usadowiła się pomiędzy talią a biodrami. Jej wysokość galaretkowatość. Przyjęła kształt oponki. Opatuliła szczelnie moje ciałko poniżej kibici. Myślałam, że jest tylko tymczasowo (co najwyżej na 3 miesiące). Okazało się jednak, że na stałe się zameldowała. I natrząsa się ze mnie i mej naiwności  przy każdym mego ciała poruszeniu. Na ścieżkę wojenną wkroczyłam. I na razie przegrywam sromotnie.

Od nadmiaru szczęścia czasem zaboli głowa.
Zauważyłam ją dziś. Podczas wspólnego z córką raczkowania. Trzecią pierś.  Ulokowała się symetrycznie pomiędzy dwoma tymi od urodzenia mego istniejącymi piersiami. Ciut poniżej. Zakończona wklęsłą brodawką, która kiedyś miano pępka mego miała. Powstaje z nadmiaru skóry. I zwisa tak smętnie ukazując się światu przy każdorazowym doprowadzaniu korpusu mego do pozycji horyzontalnej.

Nie tylko Morze Czerwone się rozstąpiło.
Moja skóra również. Podczas ciąży słyszałam: „Jaki ładny brzuch, zero rozstępów”.
I uwierzyłam.
I początkowemu zapałowi wsmarowywania w siebie specyfików wygasnąć pozwoliłam. A skóra od tych pochwał z dumy i wrażenia pękać zaczęła.
Po porodzie w bojowym nastroju zakrzyknąłam : Zetrę was z ziemi (znaczy się z ciała mego)!. Niezniszczalne moje rozstępy są. Brzuch wygląda jek po jesiennej  orce  i to orce na głęboką skibę.


A o reszcie będzie następnym raziem, kiedy to napiszę o...

poniedziałek, 18 października 2010

Cuda sie zdarzyły:
- Taty guz okazał się nowotworem - rakiem trzustki. Na szczęście raczkować dopiero sobie zaczynał czyli w stadium 0 lub I był. Chirurdzy wzięli go w obroty i pokazali mu gdzie to raki zimują. Na takie dictum rak-nieborak raka spiekł i wycofać się musiał niepyszny;
- natomiast Hani raczkowanie w stadium coraz bardziej zaawansowane wchodzi. Od niedawna jakieś nieśmiałe próby samodzielnego stania się pojawiły (choć  niewyczuwalne dla dorosłych i nie wiadomo skąd hulające po domu huraganowe wiatry chwieją Hanulką na wszystkie strony - istny sztorm, jak tak na Hanulkowe chwiania patrzę. Ale Mała się nie poddaje i z determinacją walczy o utrzymanie się w pionie.

I tak trzymać :)

23:42, wiklasia
Link Komentarze (1) »
środa, 13 października 2010

Szczątkowe owłosienie na grzbiecie mym zjeżyło się na wieść przekazaną mi przez moją znajomą, że córkę swą wyposażyć musi w indeks, bo indeksu (czytaj - /uwaga teraz trudny wyraz będzie/ - lojalnościówki) wymagają od kandydatów do bierzmowania.
Ja zaliczam się do osób, które za pan brat z kościołem żyją, ale takie jego hierarchów działania powodują, że żółć mnie zalewa.
Piszę, że za pan brat z kościołem, bo w życiorysie mym pojawiły się takie epizody jak: oaza, wakacyjne rekolekcje, pielgrzymki, licealna kariera w szkole prowadzonej przez zakonnice, czy wreszcie matura z religii.
Ale wracając do bierzmowania i "indeksów" kandydatów do tegoż.
Sakrament bierzmowania jest sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej, świadomego wyznania wiary w wieku dorosłym.
Więc dlaczegóż to kandydatów nie traktuje się jak dorosłych, w pełni świadomych jednostek, które samodzielnie mogą podjąć decyzję, czy do sakramentu tego "godne" są przystąpić?
Przecież ilość podpisów dokumentujących obecność na takich to, a takich ceremoniach kościelnych wcale o tej dorosłości i dojrzałości nie świadczy. A co z tymi, którzy mają w zwyczaju aktywnie spędzać niedziele i chadzać sobie na niedzielne msze w różnych miastach i wioskach, w świątyniach, które akurat znajdują się na trasie ich weekendowych wypadów?
Takie zbieranie parafek i podpisów ze stempelkami to jak program promocyjny dla lojalnych klientów.
Mam taki indeksik w jednej z aptek.
Ja robię u nich zakupy - znaczy się zbieram naklejki, a oni mi za to - upust, po  skolekcjonowaniu wymaganej ilości naklejek.


Zbieraj podpisy od księży, a my ci w ramach promocji  - bierzmowanie...


Przecież wiary nie da się zmierzyć i wartościować na podstawie skrupulatnie wypełnionych indeksów.


ech, szkoda słów...

21:11, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 października 2010

... wieczór

i

...

dobranoc

rzec chciałam.

Tak krótko i konkretnie.

Bom dziś tak nastrojona.

Żadnych wariacji na tematy różne dziś nie będzie.

Rozbudowanego utworu muzycznego na tak nastrojonym instrumencie dziś z siebie nie wykrzesam.

Jedyne na co mnie stać, to gama podstawowa od "DO"bry wieczór z dołu pięciolinii po górne "DO" branoc.

Konkret to konkret.

23:02, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 października 2010

Rankiem przy myciu zębów zapatrzyłam się w oznaki, które odzwierciedlało moje łazienkowe lustro. O/kurczę/znaki, że o pierwszej świeżości w moim przypadku mowy być nie może.
Niechybnie latek mi przybywa i nie da się tego ukryć. Spojrzałam prawdzie w twarz - dokładnie, centymetr po centymetrze. To znaczy sobie na siebie spojrzałam, bo to moje odbicie pokazywało lustro. Kurczę! - pomyślałam. Od tematyki drobiu udomowionego chyba nie ucieknę.
Bo to i coś na kształt kurzych łapek zaczyna zarysowywać się na mojej twarzy. Dobrze, że to na razie tylko łapki kurze, a nie dajmy na to kurzy dziób.


Hanuśka w tym czasie jak na prawdziwego pędraka przystało, urzędowała sobie razem ze mną pospołu w łazience. Tylko z racji swego wzrostu i ograniczonych na razie zdolności poruszania się miejscem jej urzędowania była podłoga. Coś tam sobie dziewczyna mówiła do siebie i stukała, przestawiała, ustawiała. Jednym słowem zajęta była sobą i działalnością swoją.

A ja zapatrzona w te kurze moje.


Jak już ochłonęłam, wzrok swój spuściłam w kierunki córeczki, bo stukanie ustało, a Hanusia z wielkim ukontentowaniem spogląda na mnie wyczekująco.
O, kurczę ! - tematyka drobiowa widać nie zamierzała mnie opuścić tak szybko - jakoś tak czysto się zrobiło na podłodze. Niewtajemniczonym spieszę z wyjaśnieniem, że nie doczekaliśmy się jeszcze półek w naszej łazience i wszelkiej maści szampony, płyny do kąpieli, zmywacze do paznokci poustawiane w karnym rządku na podłodze pod ścianą stoją. Hanuśka postanowiła się z tym rozprawić i porządek zaprowadzić. Świetnie! Tylko gdzie ona to wszystko "zutylizowała?"
Podążyłam za hanuśkowym spojrzeniem...


(Kilka minut wcześniej razem pozbierałyśmy jej książeczki i pokazałam jej, że należy je powrzucać do wilinowego pudełka; dziewczę w mig podchwyciło klimat i z wielkim zapałem zaczęła mi pomagać w tej czynności)

Miejscem, do którego poukładała wszystkie dostępne jej tubki, pojemniki i buteleczki okazał się ... jej nocnik.
I tak to nauka układania w las nie poszła.


23:06, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 października 2010

... do uszu mych dotarły dziś.
Najpierw delikatny szelest dał się słyszeć, a potem zagorzałą dyskusję toczono nad głową mą.
Spór przybierał na sile. Chyba tym na górze poszło o kierunek, w którym należy podążać.
Mhmmm... czyżby i aniołom kłótliwość nieobca by  była?


Spojrzałam w górę i zrozumiałam.
Klucz dzikich kaczek przeleciał dziś nad głową mą.

23:53, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 października 2010

Jeden z nich ma 80 cm wzrostu i 9 kilo wagi, drugi 169 cm i 65 kilogramów.
W obydwu płynie kapeczka krwi góralskiej. Z tym, że biorąc pod uwagę zawiłe reguły dziedziczenia, w tym większym egzemplarzu góralskich kapeczek krwi jest ciut więcej.
W związku z tym oba są uparte, charakterne i z rogatymi duszami.
I codziennie wieczorem dochodzi do starcia tych dwóch osobników.
Jeden z nich przez bez mała 30 lat poznał i pokochał swobodę, poczucie niezależności, komfort chadzania własnymi ścieżkami. Wilczy, czy też koci aspekt jego duszy rozmiłował się w chwilach samotności, kiedy to samemu sobie można zrobić dobrze, czytaj - z kubkiem wypełnionym po brzegi gorącym earl greyem zaszyć się z ciekawą książką gdzieś z kącie.

Drugi z tytanów dopiero co odkrywa swoją odrębność. Na razie niepewnie i z obawą.
Jak dotąd poczucie jakiegoś magnetycznego przyciągania przez miejsce prapoczątku jego zaistnienia wytwarza w nim potrzebę nierozerwalnego wręcz z nim kontaktu. Sygnał nadawany przez źródło wciąż jeszcze jest przez niego odbierany. I do takiego kontaktu dąży wszelkimi sposobami.

Mniejszy z tytanów uważa tę relację za symbiozę, większy zaczyna odczuwać to jako pasożytnictwo.

Czasem przychodzą takie dni, że z tęsknoty za chwilą samotności wyć mi się chce. A tu mały człowieczek całym swoim jestestwem domaga się mej przy nim nieustannej obecności. Na szczęście matka natura wyposażyła mnie w coś co  miano instynktu macierzyńskiego nosi. I tak potrzebę pognania przez siebie gdzieś w nieznane, pościgania się z wiatrem i skowytu do księżyca odkładam na chwil kilka i przytulam się do mej małej kobietki, i tulę minut 15, minut 20, minut 40 i kołysanki do snu nucę, i po raz kolejny z łóżeczka do własnych ramion przenoszę. Bo zdaje sobie sprawę, że czasu coraz mniej mi pozostało na zaszczepienie i ugruntowanie w tej małej Istotce poczucia bezpieczeństwa, poczucia jej własnej wartości.
Niedługo role mogą się odwrócić i to ja mogę tęsknić za jej bliskością , jej nieustanną przy mnie obecnością.
Dlatego wciąż i nieustannie jestem na jej niemowlęce zawołania mimo, że czasem odczuwam pokusę stania się głuchą. Pokusa ta silna jest zwłaszcza o godzinie trzeciej nad ranem.


p.s. Ciągle żywię nadzieję, że na ściganie się z wiatrem mam jeszcze czas. No chyba, że wcześniej reumatyzm mnie dopadnie.

21:17, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 października 2010

Każdy swoje dopalacze ma.

Hania również.

Hanulkowe mają kształt kulisty. Są barwy cielistej. Rozmiarówka różna – począwszy od B, a na D zakończywszy (wielkość uzależniona od częstotliwości zażywania).
Aplikacja specyfiku następuje poprzez zassanie ciemniejszej obwódki stanowiącej zwieńczenie każdego z dwóch opakowań zawierających materiały kolekcjonerskie. Zwieńczenie to posiada  liczne mikroskopijne zaworki, którymi specyfik spływa bezpośrednio do gardziołka aplikującego.
Aplikacja owego specyfiku powoduje wprowadzenie małoletniej mej w czasowy błogostan.
Jakiekolwiek próby ograniczania dostępu do owych dopalaczy skutkują głośnym oprotestowaniem. Twarz protestującej użytkowniczki pąsowieje, nosek marszy się jak papier marche, ząbki w skromnej ilości sztuk 6 zaczynają zgrzytać. Wiking wyruszający na swe wyprawy łupieckie z pewnością pozazdrościłby Hani perfekcjonizmu w dopracowaniu tak strasznie wojowniczego wyrazu oblicza.
Jednym słowem – drżyjcie narody, a zwłaszcza ty (czyli ja) matko karmiąca, która chcesz to karmienie zacząć powoli reglamentować.

piątek, 01 października 2010

Zasiadła.

Dziś rano.

Tuż po otwarciu oczek swych.

Uśmiechnięta uśmiechem niepewnym, lekko zdziwionym, oczekującym, no bo cóż to nowego jej rodzice dziś dla niej wymyślili?

Posadzili na "tronie" i wpatrują się wyczekująco...

Więc nieśmiały uśmiech podesłała.

Rodzice też się uśmiechają jakoś tak oczekująco zachęcającym uśmiechem.

I mama zanuciła : "siiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii"...
i tato podchwycił ten dźwięk ....

I nagle w przestrzeni pojawił się i inny szelest.

I coś zasiurkało pod Hanią.

I zdziwiona spuściła wzrok, a kiedy go podniosła to jakoś tak uroczyście się zrobiło wokół i rodzice jacyś tacy wniebowzięci...

I nagle wiwatowanie się rozpoczęło !!!

I taki oto przebieg miała dzisiejsza koronacjo-tronacja.

A po południu to już zwykła harówka się zaczęła. Królowa wezwana została na posiedzenie. Obrady plenarne rozpoczęte.
I w mig pojawiły się pierwsze, konkretne ustawy.
I znowu ludek boży miał powód do wiwatu.

Zapowiadają się udane rządy.

Wiem, wiem, szczęście mieliśmy - bo to przecież naturalne, że po przebudzeniu organizm dąży do osiągnięcia stanu homeostazy więc i nadmiaru płynów i innych takich pozbyć się chce nie zwlekając zbyt długo. A my to skrupulatnie wykorzystaliśmy.
Mimo, że mało w tym świadomego działania Hani my jesteśmy bardzo zadowoleni.

- Ot wspomnieniowo mnie wzięło; przejrzałam stare me zapiski dotyczące Hanki i postanowiłam wrzucić.
p.s. powyższe wydarzenia miejsce swe miały jakieś dwa miesiące temu

Tagi: dzieci nocnik
20:33, wiklasia
Link Dodaj komentarz »