napisane w wolnym czasie, kiedy to przemyślenia na temat macierzyństwa i tematów pobocznych w głowie mej miejsca wolnego już dla siebie znaleźć nie mogą
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Inspirujące
LEKTURA OBOWIĄZKOWA
Mama Zone
Męskim okiem widziane
Namiętnie poczytuję
TEŻ MOJE
To właśnie MIŁOŚĆ
W uśpieniu
Lilypie Kids Birthday tickers Liczniki na stonę
Kategorie: Wszystkie | 1001 drobiazgów
RSS
czwartek, 02 czerwca 2016

... znów te kulki

 

Tagi: foto
00:00, wiklasia
Link Komentarze (1) »
wtorek, 31 maja 2016

i tak sobie wklejam smaczki z porannego spaceru po "włościach"

Jak nietrudno zauważyć w zdecydowanej większości (poza paroma wyjątkami) lecę w kulki.

Tagi: foto ogród
22:34, wiklasia
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 maja 2016


No to połechtałam swoje ego tym wpisem

 

Człowiek przestaje pisać kiedy:

- jest szczęśliwy i tak po prostu i po ludzku jest zajęty absorbcją tego szczęścia każdą komórką swego ciała; w takiej sytuacji pisanie schodzi na plan dalszy;

- w jego życiu dzieje się źle, i to naprawdę źle: rozwód, depresja, choroba, itp.; instynktownie przestaje rozmieniać się na drobne i całą energię życiową kumuluje w sobie, by w razie czego móc włączyć zasilanie awaryjne i czerpać z tego co zdołał zgromadzić;

- jest zapalonym ogrodnikiem, a tu zagląda maj; aktywność życiowa przenosi się na zewnątrz; ręce zamiast biegać po klawiaturze grzebią w ziemi; z głowy wietrzeją pomysły na blogowe wpisy, a w ich miejsce pojawia się projekcja nowych kompozycji roślinnych.

No więc jestem zapalonym "ogrodnikiem", a przy okazji próbuję w końcu zrobić sobie dobrze, czas więc powrócić do blogowania.

Tagi: foto
18:26, wiklasia
Link Komentarze (2) »
środa, 27 kwietnia 2016

 życie - jednorazowa przygoda

Tagi: życie
09:28, wiklasia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 kwietnia 2016


Pół litra (taką pojemność ma mój kubek) herbaty na dobry początek dnia.
Mam nadzieję, że picie w samotności nie wyjdzie mi na złe. 

Tagi: foto
11:12, wiklasia
Link Komentarze (4) »
piątek, 22 kwietnia 2016

Nie pierwszej już świeżości są moje szafirki.
Miniaturowe żonkile już glebę gryzą. Przedwiośnie pożegnało się, zaczyna się wiosenne szaleństwo.

Nie wiem, czy to może już jakaś patologia.
Dziecko lat 6 i pół, a w kartotece urazowej wpisane są:
noga w gipsie,
szycie policzka,
i ostatnia najświeższa pozycja to złamanie nadkłykciowe kości ramiennej.*)

Cena wolności i swobody ruchowej dawanej dziecku, czy może rodzicielska niefrasobliwość?
 
Nigdy nie byłam jedną z tych matek co to NIE WOLNO! ZABRANIAM! mają za swoje sztandarowe hasło.  
BĄDŹ UWAŻNA i powiadamianie o ewentualnych konsekwencjach bliższe jest memu sercu. 
Gorzką ceną za to są siniaki, infekcje, skręcenia i inne urazy ciała.
Staram się dostrzegać plusy. Mam nadzieję, że takie moje postępowanie zbuduje w dzieciach wzrost pewności siebie, wiarę we własne możliwości, odwagę w podejmowaniu nowych wyzwań, samodzielność, zaufanie.
Empiryczne doświadczanie konsekwencji swoich zachowań na pewno na dłużej zapisuje się w ich pamięci niż ciągłe matczyne zrzędzenie (wejdziesz do kałuży to będziesz miała mokre stopy i możesz się przeziębić, o dyskomforcie nie wspominając vs nie wchodź do kałuży). Uczymy się wsłuchiwać wzajemnie w swoje potrzeby i uczucia. Czasem trudna to lekcja. Okupiona łzami, frustracją czy lękiem. Po obydwu stronach.

Miała być maska warzywna.
Wyszło coś w klimacie Ku-Klux-Klanu lub Hannibala Lectera. 
 

*) - skręcenie stawu skokowego podczas skakania na trampolinie
    - uderzenie w kant stolika kawowego z założonym zabezpieczeniem na kant właśnie
    - upadek na rowerze 

Tagi: foto
10:38, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 kwietnia 2016

Krzyż mnie prześladuje. Na nieszczęście nie ten smoleński, tylko mój własny. Bo w tej sytuacji to jednak wolałabym, by ten smoleński mnie dręczył i nękał (a to z radia, z tiwi, z gazet czy internetów), a nie ten, który mnie na co dzień utrzymuje w pozycji wertykalnej. Łupie mnie od lutego w krzyżu właśnie. I jakoś przestać nie może. By trochę urozmaicić mi doznania dziś drętwienie/ mrowienie/ drżenie/ prawej ręki doszło. Nie wiem co na to dr google, ale moja wyobraźnia już snuje przede mną wizje bestii złośliwej, co to gdzieś narasta i zaczyna demolkę po organizmie mym własnym wyczyniać.
Kie licho?
Albo też tuż przed czterdziechą uaktywnił się we mnie gen hipochondryczki?
A może to tak właśnie ma być?
Po przekroczeniu magicznej granicy młodości czyli 35 lat taki stan, że tu coś strzyka, tam rwie to normalka.
Tylko niech nikt mi tu nie pisze, że to tak już na zawsze.

A propos zawsze.
Dziś wypiję za wszę.  
Ostatnia z żyjących (jeśli naprawdę jakaś była i żyła) musiała dziś polec na głowie mej, a może w głowie? Biorąc pod uwagę siłę mojej autosugestii to mogło ich wcale nie być w realnym świecie, ale zaistniały wirtualnie w głowie dzięki mej galopującej wyobraźni.

Sąsiadka dała cynk, że coś podejrzanego zauważyła u swej córki. Jak cynk dawała to już zaczynała mnie głowa ma własna swędzieć okrutnie jakby po niej co najmniej szwadron rozszalałych wszy harcował.
Oczywiście, od tej pory każdy biały paproch brany był jako dowód na potwierdzenie tezy o zasiedleniu przez dzikich lokatorów, (bo żadnego żywego pasożyta za odnóże nie złapałam).

Rodzinie nie przepuściłam. Każdy oprócz męża (on łysy) poddać musiał się reżimowi mycia głowy specjalnym preparatem. Pralka pobijała rekordy prania, suszarka suszenia, tylko ja się wyłamałam i rekordów w prędkości prasowania nie ustanowiłam żadnych. Swoim zwyczajem wyczekałam do ostatniego momentu i dopiero wtedy zaczęłam walczyć z górą pościeli do uprasowania (chwała Panu na wysokościach, że koców i narzut prasować nie trzeba).

Choć nie. Rekord pobiłam. Nigdy w życiu nie miałam tak dokładnie wyczesanych włosów jak podczas tej akcji. Na początku jak zobaczyłam grzebień higieniczny używany w takich sytuacjach to prawie, że się popłakałam. Bo niby, że jak? Moje długie, gęste włosy, które lubią się kołtunić (po sezonie czapkowym nie da się ukryć, że wysuszone) i na co dzień traktowane są grzebieniem o bardzo szerokim rozstawie zębów. A tu ten mały, gęsty grzebyczek. No way! - myślę. Ale jednak daliśmy radę. Ja i on. Choć nie obyło się bez ofiar. Kilka grzebykowych zębów rady nie dało i się powykrzywiały. U mnie wykrzywień w zębach nie ma. No może lekko starte są od zgrzytania z braku cierpliwości przy przeczesywaniu po raz enty kolejnego włosianego pasma. Ale to temat na osobny wpis tym razem stomatologiczny.

p.s. Podczas pisania tego posta kilka razy musiałam się jednak po głowie podrapać. Ach ta wszechpotężna siła sugestii. :) Przynajmniej krzyż jakoś mniej dokucza. Chyba.

Tagi: życie
22:58, wiklasia
Link Komentarze (3) »
piątek, 01 kwietnia 2016

Człowiek na niepełną godzinkę zanurza się w innej rzeczywistości, a tu obok życie biegnie.

Biegam z córcią na coczwartkowe Msze Św. szkolne, bo kuszą dzieci rozdawnictwem naklejek i losowaniem maskotek (Hania łapie się na to jak Puchatek na miód; może kiedyś odkryje inną motywację dla swojej obecności na Eucharystii?).
Koniec Mszy.
Hania rozradowana.
Znów wylosowała stworka buziorka - to już ósmy w jej kolekcji.
Ksiądz córki już nawet z nazwiska nie wywołuje. Z ambony wybrzmiewa Hania - Kolekcjonerka. Wracamy.
A tu ktoś naprzeciw nam.
Synu na rowerze pomyka.
Jak to? Kiedy to?
Przecież to niepełna godzina minęła.
Nauczył się jazdy na dwóch kółkach.

Bo życie biegnie i tak, czy jesteśmy, czy nas nie ma.

Tagi: życie
11:25, wiklasia
Link Komentarze (3) »
sobota, 26 marca 2016

To nic, że tym razem sernik za bardzo przypiekłam i na dodatek opadł.
To nic, że rzeżucha w tym roku jakoś nierówno wykiełkowała i w związku z tym królicza łąka wygląda jak pożalsieboże.
To nic, że drożdżowe ciasto jak zwykle nieudane.
To nic, że jarzyny na sałatkę rozgotowałam, a najładniejsza pisanka tuż po ukończeniu malowania spadła mi i się potłukła. 
Bo ja i tak

I w końcu znalazłam zastosowanie dla mchu, co to strasznie się rozpanoszył na trawniku. Ale tak pięknie wygląda i kusi tak soczystą zielenią, że nie sposób go nie lubić. 
No i nie bez znaczenia pozostaje fakt, że te wszystkie wstążeczki, kuleczki, sznureczki, co to je tak skrupulatnie zbieram, znalazły dla siebie zastosowanie.

Radosnych Świąt! I nie tylko świąt Wam życzę.
I zmartwychwstań w codzienności (jeśli są Wam potrzebne).


Asia 

Tagi: foto
18:28, wiklasia
Link Komentarze (3) »
środa, 16 marca 2016

Może najpierw napiszę o tym, co moim zdaniem zgrzyta i jest po prostu słabe.

Okładka. Nietrafiona zupełnie. Rozmija się z moim gustem totalnie. W życiu nie sięgnęłabym po tę pozycję, gdyby moim kryterium wyboru była szata graficzna okładki. Nie zachęca. Nie obiecuje nic ciekawego. Przeszłabym obojętnie.

Po drugie: Tytuł. Ni przypiął, ni wypiął. Żadnego powiązania z tym, co w środku nie łapię. Ponadto, zbyt łatwo nasuwa się skojarzenie do innej serii. Nieładnie tak - bazować na skojarzeniach i żerować na popularności innego wydawnictwa.

A teraz o tym, co moim zdaniem najwartościowsze. To, co jest ostatecznym wyznacznikiem jakości to Treść. Dla niej warto sięgnąć po tę książkę i przeczytać. Sobie przeczytać. Dzieciom przeczytać. Podrzucić sąsiadce - tej, co to zawsze "a widziałaś?", "jak tak można".

Dzieci są ciekawe. Dzieci stawiają pytania. Nieustannie. Otwarcie. Czasem zbyt głośno. Bezwstydnie. Czasem dla kogoś niewygodne.

Dlaczego ta pani jest taka gruba?
A ten pan, mamo widziałaś, ten pan nie ma nóg!!!
Ja się jej boję, wygląda strasznie!

I często w takiej sytuacji dorosły zarządza natychmiastową ewakuację pokrywając swoje zażenowanie odwróceniem głowy, upominając dziecko by było cicho.

Nie lubimy odmienności, odstawania od reszty. W stadnym odruchu takie białe kruki najchętniej byśmy zadziobali wykluczając ze stada. Spotykając się z odmiennością czujemy się niekomfortowo. Bo jest nieznana, jest nieoswojona. Przez to często nie wiemy, jak na nią zareagować. Częstokroć reagujemy bezmyślnie, bezrefleksyjnie, przyklejając łatkę - bo tak wygodniej, napiętnowując lub uciekając.

Ta książka traktuje właśnie o różnorodności.  W mądry sposób, nienachalnie, pokazuje, że każdy ma prawo do wyrażania siebie na swój własny sposób, do poszukiwania szczęścia, do szacunku, akceptacji. Każdy ma prawo podążać swoją własną ścieżką.

 Ta książka to świetna baza do rozmów o odmienności, różnorodności, tak zwanej  normalności, tolerancji, otwartości na innych. 

A o czym pisałam?
A o tym, że "Jedno oko na Maroko" Tomasza Kwaśniewskiego (tak, tak, to ten sam, ten od "Dziennika ciężarowca") i Anny Bedyńskiej, wyd. Czarna Owieczka.

Więcej o tej książce możecie przeczytać u Fiony. To właśnie pod wpływem Jej wpisu zaraz zaopatrzyłam się w tę książkę. Wam również polecam rzucić na nią okiem.

Tagi: książki
23:03, wiklasia
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 marca 2016

Kiedyś w moje ręce trafiło mango. Przyleciało do mnie z jakiegoś chilijskiego straganu. Ot, taki souvenir z kolejnej podróży moich rodziców. Cudownie pachniało. Nieziemsko smakowało. Słodkie. Soczyste. Sok ściekał po brodzie, sklejał dłonie. Wyssałam co do kropelki oblizując każdy palec z osobna.
Wczoraj w Auchan zobaczyłam prawie takie samo. Prawie z Chile (bo Brazylia leży przecież o rzut beretem od Chile). Etykieta głosiła, że soczyste i aromatyczne. I co? Podróba. To nie ten smak, nie ta słodycz. Imitacja.
I tak się zastanawiam, ile razy od życia i ludzi dostaję właśnie taką imitację, ersatz czegoś co ma być prawdziwe, a ostatecznie okazuje się być podróbą?

Dziś robię pranie. Na podłodze w łazience dwie kupki - biała i z ciemnymi. Kolorowe już połknięte przez bęben wirują w pralce. Mentalnie obok tej jednej z białymi i tej drugiej z ciemnymi dokładam jeszcze jedną. Ta jest bezbarwna. Bez wyrazu. To ja. Próbuję dodać co nieco kolorytu mojej codzienności kupując spodnie w kolorze musztardowym, zakładając wściekle różową spódnicę, zielony sweter, tuszując rzęsy na fioletowo. Czy to zadziała?

Dziś na obiad zupa z soczewicy i ruskie.
Po kilkukrotnym przepłukaniu soczewicy przypominam sobie, że przecież blender zepsuty. Cholera jasna!
Farsz na ruskie konkretnie spieprzyłam. Jest taki jak lubię - wyrazisty. Farszowi wychodzi to na dobre. Gorzej gdy pieprzy się życie.

Tagi: foto życie
15:32, wiklasia
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 14 marca 2016

Próbuje się ze mną zaprzyjaźnić. W tym swoim ciągłym za mną dreptaniu jest nachalna. Nie chcę jej. Nie podoba mi się jej bezbarwność. Nie lubię jej sposobu odbierania świata. Natrętna jakaś. Codziennie pałęta mi się pod nogami, albo może raczej gdzieś z tyłu mojej głowy. Paszła won! Nie obiecywałam ci, że aż do śmierci. Ani ty mnie też nic nie obiecałaś. Nie jesteśmy na siebie skazane. Bądź łaskawa odejść precz. 

Dzisiaj wieczór zaprzyjaźniam się z winem, jakimś wygrzebanym gdzieś z zakamarków czekoladowym cukierkiem i ołówkiem. Podobno jak włoży się go do ust to uśmiech sam automatycznie wypływa na twarz. Trochę głupio tak z ołówkiem. I jak wtedy pić wino?

Towarzystwo tej jędzy co się zowie NicMiSięNieChce i TwójŚwiatJestDoDoopy zamieniam na czerwone słodkie i pomarańczowy ołówek z gumką. Może jędza w końcu odpuści i poszuka sobie innego towarzystwa (ja raczej nie nadaję się do przyjaźni z nią). 

I rozgrzeszam się zamawiając dwie książki ilustrowane przez Katarzynę Bajerowicz. Ostatnio to jej jestem wierna. I w niej zakochana (albo raczej w ilustracjach przez nią tworzonych).  

22:36, wiklasia
Link Komentarze (2) »
piątek, 11 marca 2016

Pogoda tego dnia była najgorsza z możliwych. Nawet kurtka z futerkowym podbiciem nie była w stanie uchronić przed przenikliwym zimnem starającym się objąć wszystko w swoje posiadanie. Opatuliłam się szczelniej. W taką pogodę nie ma sensu dłużej przebywać na zewnątrz. Do przenikliwego zimna dołączyła mżawka. Wrzosy zostały przycięte - wracam do domu.

Zmierzyłam sobie ciśnienie. 90/58. Nie dziwota, że na nic nie mam ochoty i nic mi się nie chce.
Muszę w końcu coś z tym zrobić. Ale to później. Na razie to zrobię sobie herbaty. Malinowej.
I poczytam. Czekają na mnie King i Bonda. Prasowanie też czeka. W tym wypadku też na mnie, a jakże. Czemu mnie to nie dziwi?
Niech czeka.
Kocha to poczeka.  

W telewizji nowy Agent. Obstawiam Jabłczyńską.
Pewnie to zły wybór. Jak i wiele innych moich, dotychczasowych życiowych wyborów. Nietrafionych. Albo może raczej trafionych - jak kulą w płot. Mimo to wciąż nie przestaję zakładać się z życiem.
O naiwności moja. 

21:21, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 marca 2016

Nie oczekiwałam, że przeżyję katharsis.
Nie liczyłam na omdlenia serca.
Na uniesienia i egzaltacje.
Ale chociażby jakaś jedna myśl zaszczepiona, która zmusiłaby do głębszej refleksji. Do zatrzymania się. Przyjrzenia się. Zastanowienia. Do zapoczątkowania przemiany. Nic.

W parafii trwają (właściwie to dziś już się skończyły) rekolekcje wielkopostne.
Nauka stanowa dla kobiet. Nauka stanowa dla mężczyzn. Dla dzieci. I dla młodzieży. Franciszkanin o wyglądzie brata Alberta Chmielowskiego. 

I jakieś przaśne te nauki. 
Mam wrażenie, że Kościół nie ma pomysłu na współczesną kobietę. Nie widzi jej w żadnej innej roli, jak tylko byciu strażniczką domowego ogniska. Szkoda.

I ten styl rodem ze średniowiecza. Postępuj tak i siak. A to, to jest be i samo zło. Prawdy i prawidła ogólne, oderwane od szczegółu, nieosadzone w konkrecie. Nie kłam bo mamusia będzie zła. Nie zrzędź, tylko chuchaj i dmuchaj.

Nic o kondycji współczesnego człowieczeństwa. O wewnętrznym rozwoju.
Tylko rozdawnictwo ról i powinności. 

Prostota reprezentowana przez franciszkanina nie wpisała się w "moje klimaty".
Ciekawe jak w takiej sytuacji  odebrałabym jezuickie "filozofie"? 

22:20, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 lutego 2016

Chciałam mieć piątkę. Nie, nie z polskiego, nie z matematyki, czy geografii (chociaż nie miałam nic przeciwko temu).
Chodzi o to, że chciałam mieć piątkę dzieci. 
Jest dwójka. Powinny więc być dwa porody. Ale zdarzyło się "ich" o wiele więcej. I ciągle mi się przytrafiają. Na szczęście za każdym razem jest szczęśliwe zakończenie. 

Od jakiegoś czasu wkroczyliśmy w fazę opowieści z cyklu: "opowiedz mi mamo jak się rodziłem/ rodziłam". Opowiadam więc do znudzenia (o pardon - dzieci mogłyby słuchać tych opowieści bez końca, więc o znudzeniu mowy być nie może). Kończy się to zazwyczaj tym, że po kolei wkładają mi swoje głowy pod sweter/ koszulę i odgrywają rzecz praktycznie.

Jest też i teoria czyli plemniki, komórki jajowe, zdjęcia usg, odpalam na komputerze przepiękne animacje rozwoju człowieka od poczęcia do narodzin ...

Na razie pytań mają niewiele. Na te, które się pojawiają odpowiadam szczerze. Żadnego tkactwa czy innego owijania w bawełnę. Ciekawość zaspokojona.  

A tak poza tym szaleństwo przyrodnicze:
Luty, a ja już widziałam pierwszego bociana. Żywy był. Latał nad nierozbudzoną jeszcze po zimie łąką.



 

21:52, wiklasia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 lutego 2016

... się popłakałam.
Tym razem na "Małej księżniczce". 
Ryczałam sobie podczas jej czytania w wieku "będąc młodą kozą" zwanym.
Ryczę i teraz - w wieku średnim, aktualnie przeżywanym. A czytam ją, bo Hania domagała się lektury owej książki.
I pewnie ryczeć będę w matuzalemowym, ledwo co na oczy widząc.
No chyba, że do tego czasu zmienię sobie kanon lektur, albo li wnuki te z nieinteresujących się słowem pisanym mi się trafią i nie będzie komu czytać te "20" minut dziennie, codziennie.

Dla równowagi czytam sobie równolegle (i zapewniam, że w tym przypadku ani jedna łza nie spłynęła po mym policzku podczas lektury poniższych):
"Pracować inaczej" Frederica Laloux,
"Pułapki myślenia o myśleniu szybkim i wolnym" Daniela Kahnemana 
i "Myśl jak Sherlock Holmes" Marii Konnikovej. 
Dwie pierwsze polecam bardzo, trzecia jeszcze nie zdołała mnie zachwycić, ale może to kwestia zbyt małej ilości dotychczas przeczytanych stron.

Więc jeśli pytacie co u mnie, to odpowiadam
czytam, myślę i ... czekam.
 

wtorek, 16 lutego 2016

rękawiczki - mimo, że duch w ciele ciągle żywy, to dłonie jak u nieboszczyka, notorycznie zimne, więc bez nich ani rusz,

kilka pomiętych paragonów - niemy wyrzut niezapanowania nad rozrzutnością - zwłaszcza książkową,

klucze - do zamkniętych i niedomkniętych spraw,

wazelina kosmetyczna - by usta kusiły do dokonania drobnego rabunku - skradzenia całusa - dotychczas nikt się nie pokusił; widocznie wazelina to za mało, a z czerwoną szminką niestety mi nie do twarzy,

dowód osobisty - by zyskać tożsamość dla świata,

coś na babskie sprawy - które czasem jak Filip z konopi nieoczekiwanie, niezapowiedzianie,

szpula cienkiego drutu z kolorze złota - po kiego - nie wiem? by snuć życiowe plany na przyszłość, złotej jesieni?

lustereczko - które nie gada żem najpiękniejsza - wyrzucić więc jako zbędne?

kilka paczek chusteczek - bo czasem deszcz, a czasem łza na twarzy,

długopis - do zapisywania życiowych planów - już dawno odmówił współpracy, skonał,  nie pisze.

Korektora - by skorygować to, co światu mam do zaoferowania, buteleczki lakieru do łatania życiowych odprysków, tuszu do zatuszowania przewinień, tabletek od bólu głowy i bólu istnienia, grzebienia do uładzenia myśli nieuczesanych, gumek na przygodne - tego wszystkiego brak.

Dziś dokonałam wiwisekcji na mojej torebce.

sobota, 13 lutego 2016

Sympatia zapisana na papierze.

Trzeba było studzić ogień haninkowej sympatii, bo córka najchętniej powysyłała by kartki całemu światu.
Szczęściara.

Ja, przyznam się, też kocham świat. Ale wszystkich ludzi? To już niekoniecznie. 

20:46, wiklasia
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 lutego 2016

Zauroczyłam się Tobą pewnej jesieni siedząc na schodach.
Zakochałam kilka tygodni później.

...

Kolejna z wielu dziwnych i znaczących jesieni - tydzień wcześniej zawaliły się wieże WTC.
Zakochałam się ... Zakochałam? Wybacz, nie pamiętam.

...

Zachwyciłam się Tobą tuż po Twoich narodzinach. 
Moje serce skradłaś od razu. A za oknem drzewa ogołocone z liści.

...

Mimo jesiennego chłodu, gdy Cię przytuliłam zaraz po tym jak z pośpiechem wpadłeś na ten świat, moje serce zalała znajoma fala ciepła.  

 

I co z tym zrobić? Niedługo wiosna. Pójdę pogrzebać w ziemi. Coś pochować, coś spróbować wskrzesić, coś pielęgnować - niech wzrasta.

 

 

15:13, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 lutego 2016

Mądrzy ludzie mówią, że jak nie drzwiami to należy pchać się oknem.
Więc trochę jej w tym pomogłam uchylając okna.
Siadłam sobie w kuchni i cierpliwie czekałam.

I wreszcie jest! Udało się! Poczułam ją!

Wraz z powiewem świeżego powietrza w domu zapachniało WIOSNĄ. 
By spotęgować to wrażenie na kuchenny stół "wjechały" tulipany. 


 

Też tak macie? Też wyczuwacie ją w powietrzu?

Tagi: foto
23:17, wiklasia
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39