napisane w wolnym czasie, kiedy to przemyślenia na temat macierzyństwa i tematów pobocznych w głowie mej miejsca wolnego już dla siebie znaleźć nie mogą
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
Inspirujące
LEKTURA OBOWIĄZKOWA
Mama Zone
Męskim okiem widziane
Namiętnie poczytuję
TEŻ MOJE
To właśnie MIŁOŚĆ
W uśpieniu
Lilypie Kids Birthday tickers Liczniki na stonę
Kategorie: Wszystkie | 1001 drobiazgów
RSS
sobota, 25 grudnia 2010

Wyblakł.
Za bardzo.
Stracił cały swój koloryt.

Mój bożonarodzeniowy entuzjazm.

Wyruszyłam na poszukiwania. I tak oto trwają już dobrych lat kilka. Bez rezultatu.
Brakuje mi tego radosnego niepokoju, który towarzyszył mi od zawsze. Zaczynał się nieśmiało gdzieś tak w pierwszych dniach grudnia, stopniowo narastał, by swoje apogeum osiągnąć w Wigilię. Miły dreszczyk ekscytacji odczuwałam na myśl o prezentowych knowaniach - co komu i co mnie się dostanie i co podarować; przy świątecznych przygotowaniach - stroików i świątecznych dekoracji czułam magiczne wigilijne mrowienie; nawet trywialne gruntowne porządki miały wtedy swój niepowtarzalny urok. Pałaszowanie wigilijnych przysmaków, potem niecierpliwe zerkanie pod choinkę - mhmmm.
A teraz. Mimo, że wokoło niemalże cały świat nie daje mi zapomnieć już właściwie w listopadzie, że w grudniu są święta, to w środku, w moim środku coś się wypaliło. I tak z wielkiego ogniska dzieciącego entuzjazmu i oczekiwania na święta pozostał jedynie syk gasnącego płomyka.
Myślę, że to rezultat codziennego zabiegania. Bo jakoś trudno w tej przedświątecznej zadyszce spraw codziennych o powolny i głęboki świąteczny oddech.
W przyszłym roku dam sobie czas i spóbuję podelektować się bożym narodzeniem.
Właśnie w jysku zakupiłam po promocyjnej cenie śliczny adwentowy kalendarz. Do każdego z 24 patchworkowych woreczków powkładam sobie jakieś świąteczne myśli przewodnie. I tak od nowa zacznę się wprowadzać w entuzjastyczny, świąteczny nastrój

Tagi: święta
22:48, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 grudnia 2010

nie wszyscy...
... okna myją. Moje unikają wody. A co je będę tak w ten mróz straszyć. Póki co słonko potrafi się jeszcze przez ten brud przebić. Jak dla mnie wystarczająco.

Podłoga coś tam woła (chyba chodzi jej o o pieszczotę mopem i nabłyszczaczem) - udaję, że to wołanie to nie do mnie.

Kotki się zalęgły (rasa - kurz puchaty)- pokątnie - a niech się trochę rozgoszczą; w końcu "gość w dom....". A poza tym od dziecka byłam kociarą więc na stare lata przyzwyczajeń i sympatii zmieniać nie zamierzam

Mogę mojemu pochłaniaczowi (wyciągowi kuchennemu) nadać nowy, świeży look - tworząc ciekawe wzorki na warstewce kurzu...

A poza tym okulary zapodziałam, więc ... mało co dostrzegam :) I tak trzymać.
Pewnie wsadzę je na nos pod koniec tygodnia i zacznie się szaleństwo... a tymczasem spokoju życzę - grunt to nie oszaleć

15:21, wiklasia
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 grudnia 2010

... bo cóż innego mi pozostało?
Hanusińska ostatnio stara się być oryginalna. Jej oryginalność objawiła się między innymi w przyjmowanej przez nią pozycji do spania. Nie ma to jak lec sobie w poprzek na maminej klacie. W tej pozycji można sobie cudownie utrwalać wcześniej zdobytą wiedzę gdzie co na maminej twarzy jest. Tak więc podczas gdy hanusiowa świadomość powoli ulatuje w objęcia morfeusza jej hanulkowa rączka wędruje sobie po nosku mamy poprzez oczko, policzek, o uchu nie zapominając. I to też mogłabym znieść bez mrugnięcia okiem gdyby... No właśnie - Hania do sondowania stosuje chwyt szczypaczy.
Więc przed moim zaśnięciem przyjmuję wszystko na klatę bom strongmamma i wydaję ostatnie tchnienie przygniecona ponad dziesięciokilogramowym szczęściem.

 

wtorek, 14 grudnia 2010

Od pewnego czasu negocjuję z Hanką, żeby powiadamiała mnie werbalnie jak cosiek - ktosiek będzie się chciał zmaterializować w jej pieluszce.
Rano zaraz po przebudzeniu Hanulka zwyczajowo szarpie mnie za rękę i na moje pytanie: siurku- burku? pędzimy po nocnikusza? dziewczyna cała w skowronkach (i to dosłownie, bo szczebiocze sobie coś do siebie jak ptaszynka skoro świt) ciągnie mnie do łazienki. Tam załatwiamy co mamy do załatwienia (każda swoje) i na tym ta idylla się kończy.
Bo później coś się przeprogramowuje w tych dotychczas sprawnie działających procedurach.
Bo często jest tak jak dziś. Mimo, że wcześniej wielokrotnie ćwiczyłyśmy następujący scenariusz: Ja: Hanusia, spróbujemy kupencjusza złapać do nocnikusza, więc jak będziesz czuła, że się wyrywa w twoje gatki to daj mamusi znać, okej? Na co Hanusia spozierając na mnie swoimi niebieskimi oczętami z całą powagą kiwa, że umowa stoi i że akceptuje powyższe warunki.
A potem następuje to co następuje.
Czyli najpierw wokół mnie w eterze zaczyna się snuć wielce jednoznacznie mówiąca woń, następnie przydreptuje do mnie rozpromieniona córcia i z uśmiechem na ustach wskazuje paluszkiem w stronę pieluchy. No i oczywiście ciągnie swą rodzicielkę do łazienki.
Chyba coś musiałam poplątać i źle wpisać dane wyjściowe, że "program" mi się sypie i komunikat wyskakuje nie w tym miejscu co trzeba. ;)

21:54, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 grudnia 2010

Bynajmniej.
Absolutnie nie naszło mnie by odświeżać sobie deklinację rzeczownika "czas".
Natomiast przyszło mi do głowy, że czas czasem mi nie sprzyja.
Okazuje się, że coś mi ofiaruje, a ja w swojej niedojrzałości nie potrafię rozpoznać i docenić w danej chwili określonej sytuacji, ważności darowanego mi wydarzenia, rozmowy, spotkania, uczucia. A kiedy już "dojrzeję" to okazuje się, że "okoliczności przyrody" są już zupełnie inne i nic, albo prawie nic nie da się już zrobić. Bo do pędzącego pociągu, mimo najszczerszych chęci niezdolnam już wskoczyć. Co najwyżej machanie ręką mi pozostaje i życzenia szczęśliwej podróży tym, którzy nie przegapili odpowiedniego momentu w swoim życiu.
Jakoś zdarzyło mi się w życiu kilka razy rozjechać z tym właściwym czasem - zdarzyło się nie w tym momencie, za późno, za wcześnie, bądź wcale.

Wrrrrrrrrrrrrr.....
Oho! Budzik właśnie dzwoni. Chyba czas na mnie. Byleby nie przespać kolejnych ważnych momentów w moim życiu.
Mam nadzieję, że z czasem uda mi się i z czasem być za pan brat.

21:00, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 grudnia 2010

Dziś w godzinach przedpołudniowych wróciłam z pewnego małego amerykańskiego miasteczka.  Ameryka potrafi jenak dostarczyć wrażeń więc powrót w domowe pielesze okazał się bardzo bolesny. Rozstać mi się przyszło z kilkoma dopiero co poznanymi ciekawymi ludźmi.  Łażę więc sobie tak po domu i okolicach i szukam dla siebie na nowo miejsca. Wszystko nagle jakoś zszarzało. Nudą powiewa z każdej strony. Bo jak na razie nie mam co liczyć, że w moim najbliższym otoczeniu spotkam się z zastępcą rady miasta, który ma przerośnięte ego i ambicje sięgające kosmosu. Wścibska i rezolutna dziennikarka lokalnego pisma nie wywęszy żadnej afery. Nie będzie żadnych morderstw, upojnego seksu z pułkownikiem czy tajemniczego klosza. A wszystko dlatego, że właśnie dotarłam do 926 strony kończącej powieść Stephena Kinga "Pod kopułą".
I tak oto zostałam ponownie brutalnie wtłoczona w moją teraźniejszość -  jakże powtarzalną, przewidywalną i często nużącą. I z takim "nieumieniem" znalezienia sobie na powrót miejsca zmagać mi się przyjdzie pewnie jeszcze kilka dni zanim na nowo zacznę dostrzegać pojedyncze "kwiatki" w moim TU i TERAZ. A póki co ....

A może by tak udać się do biblioteki po kolejną dawkę "środka znieczulającego". Przecież jest jeszcze tyle książek do przeczytania.

Też macie takie objawy po dotarciu do ostatniej strony pasjonującej powieści?

Tagi: książki
22:44, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 grudnia 2010

Nasza córka odkąd skończyła osiem miesięcy zgłosiła swój akces do programu badawczego z dziedziny fizyki. A dokładnie - przeprowadza zakrojone na szeroką skalę badania terenowe na temat grawitacji. Tak się zastanawiam jak długo ten program badawczy potrwa i czy Hania starała się o jakieś unijne dotacje na ten cel? I czy w związku z tym nie jest przez przypadek zobligowana jakimś tajnym zapisem do dłuuuuugimego prowadzenia tych doświadczeń?  Gdziekolwiek się nie znajdzie wykorzystuje każdą okazję do przeprowadzenia swoich doświadczeń. Pewnie wyszła z założenia, że im więcej prób badawczych w zróżnicowanych warunkach przeprowadzi, tym otrzymane wyniki będą dokładniejsze. Tak więc z niesłabnącym od pięciu miesięcy zapałem Hania bada zachowania przeróżnych sprzętów i ich podatność na siłę ciążenia, prędkość spadania itp. Czy grawitacja działa wszędzie i na wszystkie sprzęty? A może u babci nie? A ten uroczy wazonik na stole - czy jest podatny na siłę ciążenia? A skarpetki? Czy spadać będą z taką samą prędkością jak czapeczki? Życie dostarcza naszemu młodemu maniakalnemu badaczowi co i rusz nowych "królików doświadczalnych".
Do niedawna cierpliwie wszystko podnosiliśmy z powrotem...
i znowu cierpliwie podnosiliśmy...
i znowu...
i znowu...
i już mniej cierpliwie,
i już wcale nie cierpliwie,
i znowu....
i znowu...
i z pełną rezygnacją

Ostatnio zauważyłam jednak pewną subtelną zmianę w naszych (rodzicielskich) zachowaniach. Nabyliśmy nową umiejętność - niezauważanie pałętających się po podłodze haninkowych obiektów badawczych i umiejętne między nimi lawirowanie.

23:22, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 grudnia 2010

... do cna.
Jak perfekcyjnie wyszkolony rekrut tak ja natychmiast, automatycznie, bez zastanowienia, jakby to był odruch bezwarunkowy stawiam się "do apelu", który co noc urządza mi młody kapral Hania uruchamiając swoją syrenę. Nadmienię, że mój kapralik wybitnie dba o utrzymanie w stanie  perfekcyjnej gotowości swoją jednoosobową drużynę.
A na koniec szepnę, ale o tym cicho sza, że niedługo planuję dezercję

niedziela, 05 grudnia 2010

Właściwie ten wpis powinien zostać napisany gdzieś w okolicach sierpnia, kiedy to pojawiłam się na tym blogowisku.
Nadganiam więc dziś me zaległości i robię mały coming out.
Wiek: okołotrzydziestoletni
Płeć: zwana tą piękniejszą
ilość posiadanego aktualnie potomstwa: sztuk 1
inny inwentarz żywy będący w posiadaniu: mąż - pojedynczy ezgemplarz "nabyty" w 2008 roku
współrzędne lokalizacyjne: gdzieś na Śląsku
główny powód pojawienia się w blogowej sferze: potrzeba wypowiedzenia swoich myśli, wypuszczenia ich w przestrzeń; niestety moi znajomi, najbliżsi, rodzina zajęci są swoimi, ważnymi dla nich sprawami; a myśli me kłębić się w głowie mej zaczęły i ujścia znaleźć dla siebie nie mogły; potrzeba porozmawiania i podzielenia się z kimś moim odbiorem nowej dla mnie rzeczywistości (macierzyństwo i tematyka poboczna) coraz większe ciśnienie śródczaszkowe wywoływały i takim wentylem okazało się pisanie.

Do powyższych akt personalnych dołączono poniższe zdjęcie

 

22:23, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 grudnia 2010

wywołujący mocniejsze drżenie mego serca. Facet, o którym zdarza mi się marzyć. Właściwie jest ich dwóch.
Ten drugi niedługo pewnie będzie chciał wpaść z wizytą. Jego odwiedzin zawsze wyglądałam z niecierpliwością. Niezmiennie mogłam liczyć na jego pomysłowość. Ma talent (rzadki u mężczyzn) w odgadywaniu moich najskrytszych pragnień. Przyznam się, że tęsknię za nim. Mimo, że zajęty okrutnie, zawsze potrafił wygospodarować kilka chwil tylko dla mnie.  W tym roku postanowiłam zakończyć z nim romans. Za stara jestem dla niego. Poza tym zbyt długo to trwa. Te ukradkowe, pełne dyskrecji odwiedziny pod osłoną nocy ... - już chyba nie wypada. Zasugerowałam, że (chociażby w moim najbliższym otoczeniu) są przecież młodsze, ładniejsze, bardziej radosne. Powiedziałam mu o mojej córce Hani. Obiecał, że rozważy tę propozycję.
Zaprosiłam go więc do nas. Hania została poinformowana o jego wizycie. Zrobiła wielkie oczy na wieść o tym, że tym razem to do niej, a nie do mnie wpadnie Mikołaj.

p.s. a ten pierwszy to oczywiście książę z bajki. Kilka "nieudanych podróbek" przewinęło się przez moje życie, ale żaden z nich nie okazał się egzemplarzem oryginalnym, tym wymarzonym. Choć jest taki jeden, któremu udało się "zdobyć księżniczkę" (niestety jej uboższą wersję, bo w pakiecie połowy królestwa do niej nie dodawali) - mój mąż, ale on twierdzi, że jest z innej bajki. Mhmmm... Tylko z której?  :)


Tagi: mikołaj
23:09, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 listopada 2010

Twierdził, że jest zainteresowany wewnętrznym światem tego drugiego, jego przemyśleniami. By chwilę potem nie słuchać, co ten drugi ma do powiedzenia,  przerywając mu w pół słowa. I jak tu wierzyć?
Powiedział, że przeprasza. Po raz kolejny. W tej samej sprawie. Kilkakrotnie obiecywał, że się poprawi. Żeby ułatwić mu zadanie dostał wytyczne jak postępować mądrzej. I ... ciągle przeprasza, za to samo. Czy jest jeszcze nadzieja?
Zapewnia drugiego, że kocha. Ale czy to jeszcze miłość?

Te trzy, wiara, nadzieja i miłość. Nad grobem której przyjdzie najpierw zapłakać?

21:26, wiklasia
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 listopada 2010

Dziś będzie subiektywnie - czyli jak zawsze :)
Pierwsza uwiodła mnie teraz_asia ze swoim cudownym blogiem 4godzinynadobe.blox.pl
Uzależniłam się, wpadłam po samiuteńkie końcówki uszu i nie zamierzam wychodzić z tego uroczego grajdołka. Czym uwiodła? Ano tym, że potrafi odpowiednie dać rzeczy słowo. Każdego Jej nowego wpisu wypatruję jak narkoman pełnej strzykawki. Na każdą Jej świeżynkę rzucam się jak hiena po tygodniowym przymusowym poście i wyczytuję do ostatniej literki. Końcowa kropka wieńcząca wpis zawsze jest nie w porę czyli zdecydowanie za wcześnie. W tym moim zachwycie niedaleko mi do formy zachwytu  reprezentowanego przez niejaką panią Elizę do pewnego pana ze słuchowiska autorstwa Jacka Janczarskiego. Jest to zauroczenie bezwzględne, ślepe i oddańcze.
Skutecznie uwodzi mnie również kielkowanie.blox.pl. Najpierw zauroczyła mnie główna fotografia. Słabość koło serca poczułam jak zobaczyłam fantastycznie radosne kolanówki.  "Elewacja" zewnętrzna Antkowego mieszkanka, w którym był czasowo zameldowany rzuciła mnie na kolana. Ostatecznie pogrążył mnie widok książek. I tak pogrążam się w tym zachwycie również i nad zawartością pisaną.
Perfekcyjny minimalizm - tak mogłabym określić historię pewnego kota zamieszkującego koci.blox.pl. A okraszone to wszystko jest fajnymi zdjęciami owegoż. Nic dodać, nic ująć.
Sztuka uwodzenia nieobca jest również Julce pomieszkującej pewien balkon (julkanabalkonie.blox.pl) . Ale tu nie ma się co dziwić. Przecież nie od dziś wiadomo, że Julia sztukę uwodzenia doskonaliła na balkonie właśnie, w niejakiej Weronie.  I jak ta włoska jest lekturą obowiązkową w szkole, tak jej polska wersja obowiązkową pozycją w moim buszowaniu po blogach jest.
Dla zmiany klimatu wpadam czasem do morfeusz.blox.pl - bo lubię o medycynie na wesoło.
Zalotnicaniebieska pisująca na bebedete.blox.pl uwiodła mnie .... tak po prostu.
Ostatnim moim odkryciem jest zuzalp.blox.pl. Ponoć sympatię wzbudzają w nas ludzie podobni. A na tym blogu widzę myśli moje własne, tylko, że w piękniejszą formę ubraną.  Mnie te myśli po głowie galopują, a tu spisane zostają. I to jak trafnie.  Jasnowidzka jakaś czy cuś?

Tak sobie dziś kilka perełek z przebogatej galerii blogowej wysupłałam i pozachwycałam się każdą z nich z osobna, ich błyskotliwością, pięknem i wartością. I ciągle pozostaję pod ich urokiem.




00:01, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 listopada 2010

W moim macierzyństwie NAJcudowniejsze jest moje dziecko. Jest po prostu cudem świata. Mojego świata, bo całego przecież nie musi.
NAJtrudniejsza w moim macierzyństwie jest niemoc. Kiedy moje dziecko cierpi, choruje, a ja nie jestem w stanie w żaden sposób ulżyć jej cierpieniom, przegonić na cztery wiatry i jeszcze dalej wszystkich paskudztw świata. To jest najgorsze.
NAJbardziej męczące w moim macierzyństwie jest prowadzenie ciągłego "nasłuchu" mojego mózgu na częstotliwości "dziecko". Czasem zwyczajnie tęsknię za takimi chwilami kiedy mogłabym zresetować wszystkie moje macierzyńskie połączenia międzysynaptyczne i myśli me skierować na odbiór innych stacji.
W moim macierzyństwie NAJlepsze jest to, że to moje macierzyństwo po prostu jest.

pozdrawiam
pozostająca na ciągłym "standby-ju"

00:04, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 listopada 2010

Kiedyś zawsze musi nastąpić.
Przyznaję, że dawniej wyczekiwaniu na ten  szczególny moment  towarzyszyło zniecierpliwienie i radość, że to już niedługo. 
I właśnie dziś nastąpił ten moment. Po raz kolejny w moim życiu.
Może z biegiem lat coraz mniej ekscytacji towarzyszy temu wydarzeniu, ale uśmiech zawsze pojawia sie na mojej twarzy.
Dzisiaj także.
Bo dzisiaj pierwszy raz tej zimo-jesieni spadł u nas śnieg.

22:29, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 listopada 2010

Dodać muszę, że tempo mam imponujące. W zaledwie trzy miesiące zaliczyłam 7 trafień i to bez żadnej asysty z zewnątrz. Przez ostatnie trzy dni również nie próżnowałam. Zarobiłam kolejne dwa trafienia. O tym ostatnim mój mąż jeszcze nie wie.
W sobotę ledwo drzwi domostwa się za mna zamknęły, a tu słyszę podejrzany syk.
Pooooooszła. Tym razem prawa tylna. Ledwo co wyszłam za próg, a tu znów się pojawiam.
Mąż zaskoczony się wydaje, że spacer z córką w tak ekspresowym tempie wykonałam.
Na jego zdziwione spojrzenie przymilnie rzeczę:
"Odwidziało mi się bryczkę pchać. Zachustuję się z Hanią. A ty bądź tak miły i spójrz na prawą, tylną. Zdaje się, że zdechła."
Wczoraj mąż zadowolony z siebie, że żonę "zatroszczoną" zostawia wybywając na dwa dni w delegacje -bo i dętka załatana, i piec węgla pełen itp. pewnie relaksuje się beztrosko.
A tu po powrocie stara śpiewka na niego czeka. Tym razem lewa, tylna. Dziś poszła.
Jakieś fatum nade mną jako powozicielem haninkowej bryczki zawisło, czy cuś?

Na ratunek na szczęście chusta przybywa. W pięknej wakacyjnej kolorystyce - bałtyckiego piasku, błękitu nieba i lazuru wody.
Jutro czeka nas wyprawa do sklepu z osprzętem wózkowym w celu zrobienia wywiadu, czy gumowe pompowane da się wymienić na piankowe.


20:33, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 listopada 2010

Człowiek.
Na początku pełen jest entuzjazmu.
Ciekawość świata to dominująca cecha.
Pozytywne nastawienie do innych jest na porządku dziennym.
Wytrwałości w podejmowaniu wysiłku wciąż od nowa, by nauczyć się czegoś nowego, by opanować nową umiejętność pełne jest to małe jeszcze ciałko małego jeszcze człowieka.
Tak niewiele trzeba, by wywołać uśmiech i salwy śmiechu. Czasem wystarczy potrząsnąć grzechotką, czasem zakryć oko dłonią, by przy odsłanianiu powiedzieć "a kuku".

A potem taki cudowny egzemplarz ulega przepoczwarzeniu.
I na pewnym etapie życia niektórym egzemplarzom już się nie chce. Nic nie chce. No, może oprócz osiągnięcia spokoju.
Jedne gnuśnieją i tylko by kanapę porastały na wzór paproci, które to mają w zwyczaju upadłe drzewa porastać. Szczęście dla nich ma wymiar puszki z piwem i kanału tv.
Drugie zaś "egzemplarze" radość życia tłumią wiecznymi pretensjami i zrzędzeniem na wszystko i na wszystkich. Pewność siebie i optymizm gdzieś po drodze zaginęły.

Trzeba mi wielkiej uważności, by te wszystkie skarby, w które natura wyposażyła małego człowieczka Hanią zwanego uratować i ochronić podczas jej wędrówki przez życie.
Pragnę dla niej transformacji w stronę kolorowej tęczy.


20:59, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 listopada 2010

Poranek.
Mamy lekkie opóźnienie, bo to w sumie już późny poranek, a właściwie wczesne przedpołudnie.
Szybciutko spiłowywuję sobie paznokcie.
Hania w tym czasie tradycyjnie robi przegląd mojej podręcznej kosmetyczki.
Skrupulatny przegląd.
Każda rzecz wyjmowana jest pojedynczo, oglądana ze wszystkich stron i pod każdym kątem. Następnie odkładana na bok. I tak kolejno kontrolę przechodzą cztery pilniki (dwa papierowe, jeden szklany i jeden mineralny), cążki, nożyczki, kilka drewnianych patyczków, wsuwka do włosów, polerka do paznokci,  radełko, czyścik itd. Następnie każda z tych rzeczy wkładana jest z powrotem do kosmetyczki. Pojedynczo! I oczywiście podczas tej czynności następuje powtórna lustracja każdego z ww przedmiotów. Jakiekolwiek nieśmiałe próby zasugerowania, że można hurtowo wrzucić te wszystkie szpargałki do kosmetyczki natrafiają na głośny i kategoryczny opór.
A czy wspomniałam, że kosmetyczka jest na zamek?
Hania oczywiście testuje rówież otwieranie i zamykanie.
Wielokrotnie oczywiście.

Kilka dłuuuuugich chwil później.
Idziemy z Hanią po świeże ciuszki dla niej. Hania jest właśnie po śniadaniu, które częściowo przemieściło się na jej bodziaka i właśnie wrasta w strukturę materiału przechodząc w stadium przepoczwarzania się w kolejne plamy nie do usunięcia. Hani komoda z ciuchami jest na piętrze. Mamy więc do pokonania 16 schodów. Aby umożliwić doskonalenie się dziecięciu w motoryce, schody Hania pokonuje własnoręcznie, a właściwie własnonożnie i własnoręcznie.
Takiej okazji oczywiście nie przepuści nasz domowy kontroler jakości. Każdy stopień wymaga dokonania dogłębnej analizy pod kątem przebiegu usłojenia drewna, ilości sęków, istniejących mikrouszkodzeń itp. Każdy kurzowy pyłek wymaga badania organoleptycznego pod względem struktury, smaku  i innych walorów. Dodatkowo niezbędny jest komentarz słowny dla każdej nowonapotkanej rzeczy. I chroń nas Boże, jeśli przez zapomnienie zostawimy coś na którymś ze stopni.

Tak samo sprawa się ma z jedzeniem i z wieloma innymi wydawałoby sie, że zwykłymi czynnościami.

Przy zasypianiu było oczywiście skrupulatne sprawdzanie twardości materacyka - centymetr po centymetrze :)



22:38, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 listopada 2010

- "Ooo,  jaki ładny chłopczyk. A jak ma na imię?"
- "Hania" - odpowiadam z uśmiechem
-"...." (i tu następuje chwila konsternacji)
A wszystko dlatego, że Ośrodek Decyzyjny czyli ja - matka owego "ślicznego chłopczyka" nie ulega ogólnemu trendowi nakazującemu dziewczynki ubierać w róże (i nie o kwiatki bynajmniej tu chodzi).  Młodociana ma pecha, że jej rodzicielka uczulenia dostaje na widok od stóp do głów w róże odzianych dziewczątek. Skąd taki pinktrend? Próbowałam dociec i oto jakie informacje zebrał mój wywiad.
Na Śląsku w zamierzchłych czasach był zwyczaj ubierania dzieci adekwatnie do ich płci. Był więc i niebieski. Był i różowy. Ale o dziwo (i tu zdziwiłam się bardzo), to chłopców ubierano w różowe, a dziewczynki w niebieskie. A dlaczego? Ma to swoje korzenie w chrześcijaństwie. Niebieski jest kolorem maryjnym. Matka Jezusa zwyczajowo przedstawiana była w szatach koloru niebieskiego - stąd kolorem "przeznaczonym" dla dziewczynek był błękit. Czerwień natomiast, szkarłat i inne jego odmiany i odcienie (w tym różowy)  to kolor Chrystusowy. Więc chłopcom przypisano kolor różowy.
Ale to było dawno temu, zanim jeszcze nastała era odzianych w róże lalek Barbie. Przed erą pani Joli Rutowicz, Dody,  itp., które to panie kolor ten w oczach mych i psychice skutecznie zohydziły.

Poruszyłam też tę kolorystyczną tematykę z jedną panią psychoterapeutką.
I co usłyszałam.
Kolor czerwony przypisany jest do erotyki; jest to kolor seksualny. Kobieta, kiedy chce podkreślić tę cechę w sobie, niejako wystawić ją przed szereg innych swoich cech, zaakcentować swoją seksualność używa wtedy właśnie koloru czerwonego. Stąd więc mamy ponętne usta pociągnięte krwistoczerwoną pomadką, czerwone (choć skutecznie rywalizuje na tym polu i w tym wydaniu czerń) kuszące dessous, seksowne szkarłatne szpilki na niebotycznych obcasach itd.
Małoletnie nie powinny etapować w tak dosłowny sposób swoją seksualnością, stąd dla nich przeznaczona jest wersja light (wyblakła wersja czerwonego - czyli różowy).
Brrr....

Dlaczego ja jestem antagonistką cukierkowosłodkich różowoodzianych panienek?
Bo nie lubię sztampy.
Bo nie lubię jak kogoś wtłacza się w jakieś nakazy, zakazy i inne takie.
Bo tęcza jest kolorowa, a nie w monochromie.
Bo lubię na przekór.
Bo dziecko ma jeszcze czas zanim zacznie etapować swoją seksualnością.
Bo rajstopki z traktorami i koparkami na dziewczęcych nóżkach też fajnie wyglądają.
Bo nie lubię ograniczeń.
Bo stereotypy w moim mniemaniu są "be".

A jeśli zdarza mi się robić zakupy dziecięcych ubranek w sklepie (co zdarza mi się dość rzadko, a to z racji tego, że Hania odziedziczyła w spadku po kuzynie, kuzynce i innych dzieciach z sąsiedztwa masę ciuchów) to nieodmiennie na pytanie ekspedientek dla chłopca, czy dla dziewczynki? odpowiadam "a czy to ważne? ważne żeby było wygodne, ładne i praktyczne w ubieraniu, no i żeby mój portfel nie klękł przy płaceniu. A czy będzie z kwiatuszkami, czy z samochodzikami to naprawdę mało istotne."

Niestety róż jest wszechobecny.
Znalazł się i w haninkowej szafie. Różowe cudeńka napływały zewsząd szerokim strumieniem od znajomych przybywających w nasze progi z gratulacjami narodzin dziecięcia.  Ale nie ogłaszam jeszcze stanu klęski żywiołowej. W odwodzie jest na szczęście jeszcze cała gama niebieskości, zielonego i w innych kolorach tęczy ubranek.

Dlaczego więc jak myślałam o napisaniu tego posta miałam dziwne poczucie dysonansu?

Bo jak spojrzałam na Hanulkę to zobaczyłam, że dziecię me od stópek po szyjkę ubrane jest w tonacji różowej.

Czyżby brak konsekwencji i gołosłowność?
Zapewniam, że był to jednorazowy "wypadek przy pracy".

21:55, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 listopada 2010

... dostałam.
Takie wrażenie miałam po przeczytaniu wywiadu Agnieszki Jucewicz z brytyjską pisarką Rachel Cusk w Wysokich Obcasach. Dla zainteresowanych link http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,8642830,Nie_jestem_z_waszego_plemienia.html.
Czytając, czułam, że moje myśli i odczucia dotyczące macierzyństwa, które kłębiły się w mojej głowie od pewnego czasu (właściwie była to istna plątanina), powoli, nitka po niteczce są odplątywane i właściwie nazywane. Ktoś w końcu uporządkował to wszystko co ostatnio zapętliło się i coraz bardziej motało w głowie mej.

Kiedy kobieta rodzi dziecko i staje się matką to w jakimś sensie umiera.

Przez 33 lata mojego dotychczasowego życia jednym (co nie znaczy, że jedynym i dominującym) z elementów definiujących moją kobiecość był wygląd. Tak zostałam "zaprogramowana" m.im. przez wszechobecny przekaz mediów, społeczeństwo. Oczywiście nie jest to czynnik decydujący, ale jednak dotychczas był znaczący w moim zbiorze zawierającym elementy składające sie na moją kobiecość. I ten wygląd został w dość znaczny sposób nadszarpnięty przez ciążę i macierzyństwo. Kiedy żaliłam się, że mam problem z zaakceptowaniem swojego "nowego" ciała, jego galaretkowatości, rozstępów i tym podobnych przypadłości, najczęściej słyszałam powtarzane jak mantrę stwierdzenia "ale przecież masz dziecko". Wokół siebie nie znajdowałam zrozumienia dla mojej "żałoby" po dawnej Asi. Nikt nie dawał mi do tego prawa.
Na oswojenie się, zaakceptowanie, zaprzyjaźnienie i zżycie się ze starym miałam przecież darowane całe 32 lata. To nowe mam od roku. Inne, moim zdaniem brzydsze (no nic nie poradzę, że nie jest w moim guście). Na razie przyglądam się mu. Minął rok, a ja ciągle nie potrafię odnaleźć w sobie zgody i akceptacji na to, jakie jest teraz. Potrzebuję czasu. I myślę, że nie jest to fanaberia jakiejś kobiety, dla której wygląd jest czynnikiem decydującym i miernikiem jej atrakcyjności. Absolutnie nie jestem typem kobiety, dla której problemem o zagadnieniu globalnym jest kolor włosów, czy wzorek na paznokciach.
Moje stare ciało umarło. Pogrzebać je musiałam. Ale nadal noszę w sobie po nim żałobę.

Klepsydrę wywiesić mi przyjdzie również po umyśle moim. W kołowrotku matczynych zajęć i spełnianiu obrządku w obejściu wokół dziecięcia mego, stymulacja mojego mózgu jest żadna. A on jak tlenu każda istota żywa, do życia podniet intelektualnych, kreatywnych wyzwań i odmiany w codzienności potrzebuje. A roczna już obsługa małoletniej jest niestety zajęciem powtarzalnym, rutyną z daleka zalatującym, jałowym.
Oczywiście obserwowanie rozwoju Hani daje mi powody do radości, ale mózg mój skowycze za znanymi mu z przeszłości dawkami adrenaliny, za nowymi wyzwaniami, za odmianą, za czymś niespodziewanym, wymagającym zaangażowania intelektualnego. Rozglądam się dookoła i  widzę, że niestety w mojej aktualnej rzeczywistości braki w tej dziedzinie występują. Niczym nie mogę tego w najbliższym czasie wypełnić.

Kiedyś była tylko Kobieta.
Teraz jest Matka i Kobieta (w takiej właśnie kolejności).
Na razie ta pierwsza ma decydujący głos i wiedzie prym.
Ale wierzę, że za lat kilka jak feniks z popiołów odrodzi się Kobieta.
I będzie to Kobieta bogatsza, bo wzbogacona przez doświadczenie macierzyństwa.  


poniedziałek, 15 listopada 2010

...o mały włos, a by się przetoczyła przez nasz dom.
Bujam się z Hanią przybroszkowaną do piersi. W pokoju półmrok, w domu cisza.
Słodziutkie dziecko w ramionach,
bliskość,
czułość,
po prostu sielanka.
I tak w tym sielankowym nastroju wspomnienia sprzed roku mnie nawiedzają, kiedy to Hania w takim właśnie półmroku, przy pełni księżyca się rodziła. W tym pokoju.
I mój jedyny podczas tego porodu krzyk, taki głęboki, rodzący się gdzieś w głębinach mojego ciała, który wybrzmiał jak pierwotny skowyt tuż przed tym, kiedy mogłam przywitać sie z córeczką...

Hania zasnęła. Więc i ja wracam do rzeczywistości. Ciało wędruje do drugiego pokoju, w którym mąż przebywa, ale myśli bujają się jeszcze w hamaku wspomnień.
ja (do męża mego skierowane to pytanie): Czy ja krzyczałam podczas porodu?
mąż szybko i zdecydowanie: tak
(bez ani jednego zająknięcia, ani jednej chwilki zawahania)
ja: czy jesteś tego pewnien?
mąż: przy parciu, tak, krzyczałaś
ja (nadal próbując nakierować go na prawidłowe wspomnienia): na pewno?
mąż (mający doskonałą pamięć): tak, krzyczałaś
ja (jeszcze nie zrezygnowałam): a jesteś pewien, że to były krzyki, a nie sapnięcia? Tak, to były sapnięcia. Na pewno tak było. Przecież ja pamiętam, że tylko raz zawyłam (tak na marginesie, rzeczywiście nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się wydobyć z siebie takiego dźwięku)
mąż: jestem pewien, mogłabyś ogolić mi głowę?- dorzucił, wręczając mi golarkę do włosów.
ja: ok.

zmiana scenerii: - łazienka państwa XYZ.
myśli me nadal zajęte liczeniem, sumowaniem, dodawaniem  - ogólnie tak zwaną buchalterią porodowokrzykową.
mąż potulnie głowę schylił, jak skazaniec na szafocie, a ja dzierżę w dłoni pracującą już golarkę.
ja: to musiał być jeden krzyk, przecież pamiętam (daję mężowi ostatnią szansę na zrehabilitowanie się)

mąż: no przecież mówiłem, że nie
ja tak patrząc to na głowę męża mego, to na golarkę zaczynam się zastanawiać nad użyciem środka perswazji w postaci owej golarki;
po chwili autorefleksji: w takim razie muszę zapytać Kasię - położną, która towarzyszyła nam przy narodzinach Hani, ale wiesz co, tymi swoimi odpowiedziami zburzyłeś mi cały " konspekt" mojej opowieści porodowej.

Bo podczas mojego razem z Hanią bujania się na fotelu zaczęła mi się snuć taka oto opowieść:
Pewnego listopadowego wieczora, kiedy świat spowijał już półmrok, a wszyscy święci mieli swój specjalny wieczór. Kiedy księżyc świecił w pełni, tej tajemniczej nocy dał się słyszeć wilczy skowyt, który uleciał gdzieś do gwiazd. A kiedy wybrzmiał - Ty pojawiłaś się na świecie.

No i sami widzicie, że nijak nie pasują mi tu jakieś cykliczne porodowe krzyki.