napisane w wolnym czasie, kiedy to przemyślenia na temat macierzyństwa i tematów pobocznych w głowie mej miejsca wolnego już dla siebie znaleźć nie mogą
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
Inspirujące
LEKTURA OBOWIĄZKOWA
Mama Zone
Męskim okiem widziane
Namiętnie poczytuję
TEŻ MOJE
To właśnie MIŁOŚĆ
W uśpieniu
Lilypie Kids Birthday tickers Liczniki na stonę
Kategorie: Wszystkie | 1001 drobiazgów
RSS
środa, 06 października 2010

... do uszu mych dotarły dziś.
Najpierw delikatny szelest dał się słyszeć, a potem zagorzałą dyskusję toczono nad głową mą.
Spór przybierał na sile. Chyba tym na górze poszło o kierunek, w którym należy podążać.
Mhmmm... czyżby i aniołom kłótliwość nieobca by  była?


Spojrzałam w górę i zrozumiałam.
Klucz dzikich kaczek przeleciał dziś nad głową mą.

23:53, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 października 2010

Jeden z nich ma 80 cm wzrostu i 9 kilo wagi, drugi 169 cm i 65 kilogramów.
W obydwu płynie kapeczka krwi góralskiej. Z tym, że biorąc pod uwagę zawiłe reguły dziedziczenia, w tym większym egzemplarzu góralskich kapeczek krwi jest ciut więcej.
W związku z tym oba są uparte, charakterne i z rogatymi duszami.
I codziennie wieczorem dochodzi do starcia tych dwóch osobników.
Jeden z nich przez bez mała 30 lat poznał i pokochał swobodę, poczucie niezależności, komfort chadzania własnymi ścieżkami. Wilczy, czy też koci aspekt jego duszy rozmiłował się w chwilach samotności, kiedy to samemu sobie można zrobić dobrze, czytaj - z kubkiem wypełnionym po brzegi gorącym earl greyem zaszyć się z ciekawą książką gdzieś z kącie.

Drugi z tytanów dopiero co odkrywa swoją odrębność. Na razie niepewnie i z obawą.
Jak dotąd poczucie jakiegoś magnetycznego przyciągania przez miejsce prapoczątku jego zaistnienia wytwarza w nim potrzebę nierozerwalnego wręcz z nim kontaktu. Sygnał nadawany przez źródło wciąż jeszcze jest przez niego odbierany. I do takiego kontaktu dąży wszelkimi sposobami.

Mniejszy z tytanów uważa tę relację za symbiozę, większy zaczyna odczuwać to jako pasożytnictwo.

Czasem przychodzą takie dni, że z tęsknoty za chwilą samotności wyć mi się chce. A tu mały człowieczek całym swoim jestestwem domaga się mej przy nim nieustannej obecności. Na szczęście matka natura wyposażyła mnie w coś co  miano instynktu macierzyńskiego nosi. I tak potrzebę pognania przez siebie gdzieś w nieznane, pościgania się z wiatrem i skowytu do księżyca odkładam na chwil kilka i przytulam się do mej małej kobietki, i tulę minut 15, minut 20, minut 40 i kołysanki do snu nucę, i po raz kolejny z łóżeczka do własnych ramion przenoszę. Bo zdaje sobie sprawę, że czasu coraz mniej mi pozostało na zaszczepienie i ugruntowanie w tej małej Istotce poczucia bezpieczeństwa, poczucia jej własnej wartości.
Niedługo role mogą się odwrócić i to ja mogę tęsknić za jej bliskością , jej nieustanną przy mnie obecnością.
Dlatego wciąż i nieustannie jestem na jej niemowlęce zawołania mimo, że czasem odczuwam pokusę stania się głuchą. Pokusa ta silna jest zwłaszcza o godzinie trzeciej nad ranem.


p.s. Ciągle żywię nadzieję, że na ściganie się z wiatrem mam jeszcze czas. No chyba, że wcześniej reumatyzm mnie dopadnie.

21:17, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 października 2010

Każdy swoje dopalacze ma.

Hania również.

Hanulkowe mają kształt kulisty. Są barwy cielistej. Rozmiarówka różna – począwszy od B, a na D zakończywszy (wielkość uzależniona od częstotliwości zażywania).
Aplikacja specyfiku następuje poprzez zassanie ciemniejszej obwódki stanowiącej zwieńczenie każdego z dwóch opakowań zawierających materiały kolekcjonerskie. Zwieńczenie to posiada  liczne mikroskopijne zaworki, którymi specyfik spływa bezpośrednio do gardziołka aplikującego.
Aplikacja owego specyfiku powoduje wprowadzenie małoletniej mej w czasowy błogostan.
Jakiekolwiek próby ograniczania dostępu do owych dopalaczy skutkują głośnym oprotestowaniem. Twarz protestującej użytkowniczki pąsowieje, nosek marszy się jak papier marche, ząbki w skromnej ilości sztuk 6 zaczynają zgrzytać. Wiking wyruszający na swe wyprawy łupieckie z pewnością pozazdrościłby Hani perfekcjonizmu w dopracowaniu tak strasznie wojowniczego wyrazu oblicza.
Jednym słowem – drżyjcie narody, a zwłaszcza ty (czyli ja) matko karmiąca, która chcesz to karmienie zacząć powoli reglamentować.

piątek, 01 października 2010

Zasiadła.

Dziś rano.

Tuż po otwarciu oczek swych.

Uśmiechnięta uśmiechem niepewnym, lekko zdziwionym, oczekującym, no bo cóż to nowego jej rodzice dziś dla niej wymyślili?

Posadzili na "tronie" i wpatrują się wyczekująco...

Więc nieśmiały uśmiech podesłała.

Rodzice też się uśmiechają jakoś tak oczekująco zachęcającym uśmiechem.

I mama zanuciła : "siiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii"...
i tato podchwycił ten dźwięk ....

I nagle w przestrzeni pojawił się i inny szelest.

I coś zasiurkało pod Hanią.

I zdziwiona spuściła wzrok, a kiedy go podniosła to jakoś tak uroczyście się zrobiło wokół i rodzice jacyś tacy wniebowzięci...

I nagle wiwatowanie się rozpoczęło !!!

I taki oto przebieg miała dzisiejsza koronacjo-tronacja.

A po południu to już zwykła harówka się zaczęła. Królowa wezwana została na posiedzenie. Obrady plenarne rozpoczęte.
I w mig pojawiły się pierwsze, konkretne ustawy.
I znowu ludek boży miał powód do wiwatu.

Zapowiadają się udane rządy.

Wiem, wiem, szczęście mieliśmy - bo to przecież naturalne, że po przebudzeniu organizm dąży do osiągnięcia stanu homeostazy więc i nadmiaru płynów i innych takich pozbyć się chce nie zwlekając zbyt długo. A my to skrupulatnie wykorzystaliśmy.
Mimo, że mało w tym świadomego działania Hani my jesteśmy bardzo zadowoleni.

- Ot wspomnieniowo mnie wzięło; przejrzałam stare me zapiski dotyczące Hanki i postanowiłam wrzucić.
p.s. powyższe wydarzenia miejsce swe miały jakieś dwa miesiące temu

Tagi: dzieci nocnik
20:33, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 września 2010

... mnie dziś natchnęło.
Znaczy się Czesława mam na myśli.
Przechodziłam dziś przez skrzyżowanie - niby z pozoru normalna czynność, nic nadzwyczajnego.
Ale nagle poczułam jakbym wkroczyła w inną rzeczywistość.
Nasłuchuję. A tu żadnego ptaków śpiewu niezdolnam wyłuskać, tylko samochodowe silniki oczekujące na zielone cichutko sobie szemrają. Szeptem zdaje mi się. Nawet chmury przystanęły na chwilę. Hania w swoim wózku jak głoska "c" bezdźwięcznie śpi.
I w tę ciszę wdarł się nagle sygnał karetki.
Milcząco samochody rozjeżdżają się na boki, a karetka rozdzierająco krzyczy w przestrzeń...
Obok nas przejechała.
A Hania śpi...
Może komuś świat właśnie się kończył; przepoczwarzał w inną rzeczywistość przy dźwięku karetki.
A może komuś właśnie się stwarzał, ktoś się rodził?
I wiersz Miłosza zastukał do mych myśli, o tym staruszku przewiązującym swoje pomidory i o końcu świata.
Każdy z nas ma swój świat.
I każdy z nas codziennie mógłby go podsumować swoim własnym wieczornym wydaniem wiadomości. Z newsami, sprawami ciągnącymi się od kilku dni, czy z sezonem ogórkowym.
Czasami wydanie zredagowane przeze mnie trafia właśnie tutaj.

Każdy z nas ma swój świat.
Hani świat w tamtej chwili to zacisze wózka pchanego przeze mnie przez miasto.
Komuś innemu w tamtej chwili dane były dramatyczne wydarzenia. Takie na śmierć lub życie.

Samochody powróciły na swoje miejsca i po zmianie świateł ruszyły - jak gdyby nigdy nic - dalej.
A mnie w głowie "Piosenka o końcu świata" Miłosza pozostała.

23:09, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 września 2010

Hania odkryła w sobie powołanie do ulepszania świata.
Ledwie poczuła w sobie ten zryw serca, a już, od razu, natychmiast postanowiła wcielić je w życie, czyli niezwłocznie przystąpiła do działania.

Coś czuję, że nie jest to jakiś pojedynczy, nieprzemyślany zryw, a mam tu do czynienia z akcją zakrojoną na szeroką skalę (skalę naszej kuchni).

Córcia postanowiła polepszyć byt naszych domowych krasnoludków.
Swoją dzisiejszą obiadową porcję, na którą składały się: gotowany ziemniaczek, groszek, marchewka i (z wielkim trudem wyszperane) mięsko królicze postanowiła wysłać na tereny zamieszkałe przez  domowe skrzaty.
Terenem jej działań operacyjnych stała się nasza podłoga.
Początkowo było to zrzuty legalne, z radością obwieszczane całemu haninkowemu światu (czyli nam – bo to my, jej rodzice, rościmy sobie prawo /a raczej mamy taką płonną nadzieję/ do bycia całym światem dla naszej latorośli). Jednakże po mojej interwencji Hania przystąpiła do realizacji akcji  w fazie przyczajonej. Haninka porywała w swoje paluszki pojedyncze ziarenka groszku i próbując zauroczyć mnie swoim przenikliwym spojrzeniem cichaczem dokonywała zrzutów. Kiedy i ta metoda w końcu zawiodła, podjęła dramatyczny krok udając, że nagle dopadł ją atak wilczego głodu. Chwyciła swój talerzyk z zamiarem władowania wszystkiego na raz do buzi, a pewnie liczyła przy okazji na sposobność dokonania zrzutu kilku paczek żywnościowych skrzatom, niby przypadkiem przez tajny kanał znajdujący się pomiędzy jej nóżką a konstrukcją krzesełka.


Niestety, okazało się, że naszą kuchnię zamieszkują chyba  skrzatki niejadki. Żadna ze zrzucanych przez Hanię paczek żywnościowych nie znalazła uznania w oczach i żołądeczkach kuchennych krasnali. Nic nie zniknęło.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko wieczorne usuwanie z kuchennej podłogi świadectwa odruchów charytatywnych haninego serduszka.

00:17, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 września 2010

Tato w szpitalu wylądował,

Niewydolność watroby, bo jakiś guz zamieszkał cichaczem w tatowym organiźmie.

Wróg lepszy znany niż nieznany.
Oswajać go powoli zaczynamy.
O przyjaźni mowy być nie może, ale obustronna wiedza o wzajemnym zaistnieniu jest już krokiem do jakiegoś rozwiązania.
Guz jest i jest to sprawa bezdyskusyjna.
Na szczęście jest bytem niezależnym i nie powstał jako narośl zżyta z jakimś organem nierozdzielnie.
Niedługo nakaz eksmisji dostanie, a wyprowadzka jest już zasądzona. A jako, że nie mamy tu do czynienia z młodą, samotną matką tylko wypasionym guzem więc okres ochronny przed zimą nie obowiązuje. Za dwa tygodnie powinno go już nie być.

20:44, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 września 2010

... przykazania by stać się jak dziecko.
Z każdym dniem odnajduję coraz to więcej mądrości w tym stwierdzeniu.
A wszystko za sprawą Hanki.
To ona uczy mnie uśmiechając się do mnie niezmiennie każdego ranka, że bez znaczenia jest jak kto wygląda (a z rana wyglądać można różnie - u mnie jest to rozczochrany włos, zmęczone oczy nocnym ślęczeniem przy komputerze nad projektami, odciśnięty na policzku poduszkowy wzorek itp).

Ważne jest to kim jesteś.

Pozory i pierwsze powierzchowne wrażenie są bez znaczenia.


Od niej uczę się przeżywania w pełni Tu i Teraz. Dla niej pojęcie przyszłości w ogóle nie istnieje. Cała zatopiona jest w chwili bieżącej i tylko ta się liczy, tylko ta ma dla niej znaczenie. Obce jej jest zastanawianie się nad przyszłością czy rozpamiętywanie przeszłości. Jak się bawić to całą sobą, jak coś badać - to poświęcić temu 100 % swojej uwagi. Takie hanulkowe życie na maksa.

Czasem ma to dla mnie negatywne skutki. No bo jak dziewczątko jest głodne, to jest głodna tu i teraz. I nie da się przetłumaczyć, że za 200m, jak dojdziemy do domu i za 10 minut, jak podgrzeję obiadek. Przecież Hania jest głodna Tu i Teraz :) .
Zazdroszczę jej braku udawania, pozerstwa, napinania się.
Jestem jaka jestem - pokazuje mi to każdego dnia. Nie udaje, że wszystko jest w porządku, jak nie jest. Mokra pielucha to mokra pielucha, znudzenie to znudzenie. Jak jest zaciekawiona to nie kryguje się tylko szczerze i bez udawania pokazuje, że coś ją zainteresowało.
Cudowne jest to, jak całą sobą uzewnętrznia własne uczucia - ciekawość, złość, senność, radość.
Zazdroszczę jej ciekawości świata, dziecięcego entuzjazmu, braku kalkulacji.
I jak te wszystkie cudowności, te wszystkie hanulkowe skarby uchronić i pozwolić im rozkwitać z jej życiu?

22:20, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 września 2010

zapomniałam dodać, że rajstopową pasję swą mogę z czystym sumieniem rozszerzyć na kolejne pokolenie - padło na Hanulkę. Jest kolejną ofiarą tej mojej fascynacji. :)
Jak tak się zastanowiłam to słabość również wielką mam do beretów. Na szczęście żadnego egzemplarza moherkowego w swej kolekcji nie posiadam (i broń mnie Panie Boże - jakkolwiek to w tym przypadku dziwnie i dwuznacznie może zabrzmieć).
Jak tak dogłębniej się sobie i swoim fascynacjom przyglądam to trudno również przemilczeć fakt mnogiej ilości lakierów do paznokci pałętających się w jednej z szuflad. Choć rzadko ich używam, to jednak świadomość, że w każdej chwili mogę za ich pomocą wyczarować na pazurkach swych ognistą i seksowną czerwień, mroczny bakłażan, smakowitą śliwkę, delikatny french czy też inne wariacje kolorystyczne wzmaga poczucie mojej kobiecej wieloznaczności i wielomożliwości.
Jak już tak wyciągam na światło dzienne me słabostki to jeszcze się przyznam do bogatej i różnorodnej kolekcji pędzli do makijażu, no i oczywiście cieni (mhmmm.... coś koło setki).
Uwielbiam po prostu różnorodność barw i faktur.
Ostatnio poczułam słabość do zapachów...
Właśnie zaczęłam ze wzmożonym zainteresowaniem spoglądać w stronę olejków eterycznych.

21:19, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 września 2010

mam i ja. :) A jest to słabość do rajstop wszelakich. I mimo, że nogi me nie są najmocniejszym mym urodowym atutem to szuflady od rajstop wszelakich pękają na łączeniach swych (no bo przecież nie na szwach). Szare, bure i pstrokate, we wszystkich możliwych kolorach, fasonach i zdobieniach, jeden kolor w trzech odcieniach, pończochy na pasek, samonośne, klasyki, kabaretki, ściągające co nieco, nawet egzemplarz dla kobiet w zaawansowanej ciąży posiadam, motywy roślinne to tu, to znów tam, w rzucik geometryczny, paseczki itp. Pozwolić mi wejść do sklepu z rajstopami to jak zaprosić alkoholika do piwniczki, w której pędzi się wino.
Dlatego też między innymi uwielbiam jesień. Bo to pora kiedy można się opatulić miękkim, cieplutkim swetrem, a nogi ubrać w jakieś piękne rajstopy. Przecież wiadomo, że w lecie - to za gorąco, w zimie znów za zimno.


No i z ostatniej chwili
Właśnie odkryłam szczyt mego lenistwa.
Organizm mój poczuł potrzebę wyrównania płynów więc w stronę łazienki się udałam. Rzut oka na sprzęt służący do użytku w takich razach i decyzja. Korzystam z tego po prawe,j bo klapę ma już podniesioną.
Chwila refleksji .... i zmiana planów.
Na szczęście w ostatnim momencie się połapałam, że to bidet...

Tak to jest jak głowę ma się myśli rajstop pełną

23:09, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 sierpnia 2010

Jutro stuknie mi 10 miesięcy od mojego pierwszego porodu.

Niedawno czytałam sobie kilka relacji  różnych dziewczyn/kobiet oczekujących swojego pierwszego porodu.
I to, co zdominowało te relacje to wszechobecne poczucie strachu.
Smutne.
Ale w sumie nie ma się co dziwić. No bo ile z nas może powiedzieć, że w swoim najbliższym otoczeniu ma kobiety, które uważają, że poród jest pięknym przeżyciem?

Z reguły słyszymy opowieści o bólu i cierpieniu.

Swoją drogą uważam za niezbyt fortunne nazywanie skurczów bólami. Dla mnie ból jest sygnałem od ciała, że coś niedobrego się w nim dzieje. Skurcze porodowe natomiast były dla mnie oznaką, że człowiek, który rozwijał się pod moim sercem właśnie rozpoczął swoją podróż w nieznane, a moje ciało mu to umożliwia. Oczywiście nie ma się co czarować i mówić, że odczuwanie skurczu to mega przyjemność; wcale tak nie jest.

Jednakże trudno jest mi również uwierzyć w porody w ekstazie, porody orgazmiczne. Na mój chłopski (kobiecy) rozum dla osiagnięcia orgazmu potrzebne są czynniki w postaci tak zwanego przyzwolenia psychicznego i jednak stymulacji pewnych zakończeń nerwowych. No i pewnie jeszcze cała masa innych czynników zewnętrznych i wewnętrznych. I jeśli jeszcze zgodzić bym się mogła z tym, że w czasie porodu kobieta może psychicznie nastawić się na przeżywanie ekstazy, to jednak w przypadku pobudzania pewnych miejsc – no, podczas porodu jest to raczej niewykonalne.

W końcu nie na darmo mówi się, że orgazm kobiecy to nie taka prosta sprawa i zależny jest od mnóstwa czynnków.

Utarło się stawiać kobietę w opozycji do porodu. Poród jawi się jako coś/przeciwnik, z czym/z którym trzeba walczyć.
Ja też bałam się swojego pierwszego porodu. Bałam się do czasu...
Aż pewnego dnia zaczęłam czytać relacje z porodów jakie przyjęła położna Irena Chołuj.
I zrozumiałam.
Zrozumiałam, że wystarczy zaufać swojemu ciału. Że wystarczy w jego „ręce” przekazać władzę, a ono już nas poprowadzi. Wyraziłam zgodę na to, co się będzie działo z moim ciałem i okazało się, że ja, dla której comiesięcznie pierwszy dzień okresu bez tabletek przeciwbólowych był dniem nie do zniesienia, swój poród (który trwał przeszło 12 godzin) przeżyłam bez jakiegokolwiek znieczulenia.
Możecie uznać „ech, wymądrza się”. Macie prawo.
Ale uważam, że naprawdę warto traktować poród jako ekspresję kobiecej mocy a nie jako skaranie  i dopust boży.
Mimo, że swój poród przeżyłam w domu, pozostał we mnie pewnien niedosyt. I jeśli kiedyś jeszcze raz przyjdzie mi grać jedną z dwóch głównych ról w tym wydarzeniu, to postaram się jeszcze pełniej w nim zanurzyć i jeszcze głębiej go przeżyć. Bo to naprawdę jest Wydarzenie przez wielkie „W”. I jest w nim zawarta wielka moc. Moc wszystkich kobiet.
Pozdrawiam te wszystkie kobiety, które właśnie oczekują przejścia na drugą stronę lustra.
Pięknie, głęboko i świadomie przeżytych narodzin Waszych dzieci Wam życzę.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Planowałam to już od dawna.

Z pełną determinacją.


Dzisiejszy wieczór spędzę z pewnym napalonym i rozgrzanym egzemplarzem.
Ruszę z nim w tany, a co.

Jakoś przecież muszę zlikwidować tę masę wypranych rzeczy kotłujących się na suszarce i desce do prasowania.

Hania okrzykiem wojownika wezwała mnie na nocne żerowanie.
Zabieram więc małego krzykacza z jej łóżeczka, rozsiadam się w fotelu;
cysterniaka na wierzch wyprowadzam i podłączam.
Tankowanie uruchomione.
Ponieważ godzina to duchów więc powoli mój umysł szybuje w kierunku niebytu myśleniowego. Jedynie siła instynktu macierzyńskiego sprawia, że moje ramiona nie rozluźniają się i dziewczątko nadal w uścisku nelsońskim pozostaje w miarę bezpieczne.

Wskazówki niestrudzenie odmierzają kolejne minuty na tarczy.

Tik, tak, tik, tak...

Powoli wyczuwam, że siła zasysania powoli słabnie; oddech się wydłuża, ciałko coraz bardziej bezwładne.

Oho, czas wkroczyć do akcji.

Delikatnie podnoszę się z fotela, a dłonie powoli przenoszą Śpiącą w kierunku jej materacyka. Już niedaleko, jeszcze chwilka i nastąpi moment delikatnego lądowania.
Hania wyczuła, że opada, że już nie przylega szczelnie do maminych krągłości, że zapach mleka coraz bardziej ulotny się staje.
Śpiące oczka zaciska jeszcze bardziej, usteczka w mgnieniu oka w podkówkę się układają, płucka zaciągają więcej powietrza, ażeby efekt wokalny skuteczny był i jak nie ...
Zdążyłam zareagować. Okrzyk niezadowolenia nie zdążył się jeszcze w pełni wykluć.
Hania czuje, że już nie opada delikatnie w dół tylko ruchem wznoszącym unosi się w kierunku mamy, zapach mleka zaczyna na nowo drażnić receptory dziecięcego noska. I tak podążając tym delikatnym lotem ku mnie, powieki się dziewczątku jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozluźniają i pełne ukontentowania mlaskanie słyszę.

Jednego Oskara dla tej małej aktoreczki poproszę przy następnym rozdaniu...

czwartek, 26 sierpnia 2010

... w swoim życiu przeczytałam.
Z nich narodziły się marzenia:
- przeżycia wielu przygód jak "Ronja córka zbójnika",
- o księciu z bajki walecznym, ambitnym, szarmanckim, nieustraszonym (wiele tytułów mogłabym tu wymienić, bo ta tematyka jakoś przebogaty dorobek ma),
- posiadania paczki zgranych przyjaciół ("Dzieci z Bullerbyn", czy też polska ich wersja z Leszczynowej Górki)
- o byciu kimś ważnym, kto ma ważne zadanie do wykonania (literatura Fantasy - cała Andre Norton - szkoda, że nie żyje - poczytałoby się coś nowego)
- o miłości tej prawdziwej i romansie wszechczasów (List do Koryntian i cała twórczość Nory Roberts - no cóż trochę niefortunne zestawienie, ale cóż).

Ot marzenia małej dziewczynki i dorastającej pannicy.
I co?

I jako kobieta mhmm...  dojrzała musiałam te moje marzenia pogrzebać, odstawić na boczny tor, a pragnienia serca przydusić troszeczkę. I tak w tym stanie lekko zawałowym musi dalej to serducho bić i napędzać krwioobieg mój.
No proszę, kilka dni odkąd mąż się ulotnił (znaczy się szef wysłał go w inną strefę czasową i kontynent odmienny od naszej starej Europy) a mnie jakieś frustracje dopadają. Oj trzeba uważać, bo historia zna kilka przypadków frustratów.
Jak chociażby ten, którego nie przyjęli na Akademię Stuk Pięknych i zmagający się z deficytem uczuć ojcowskich. Adolf miał na imię i nic dobrego z tego nie wyszło, jeno dramat dla ludzkości.

A Hanka szaleju się chyba gdzieś nawdychała.  Już bodajże 6-ty raz wzywa mnie od zaśnięcia. Horrorki jej się śnią czy cuś, a może cycuś?

środa, 25 sierpnia 2010

 

 

Dziamdziolińską usilnie próbuję przekonać, że osiem godzin ciągłego nocnego snu to jest to co mamy lubią najbardziej.
Hanulka ma żołądeczek o pojemności czterogodzinnej; po tym czasie żąda nowej, świeżej dostawy.
I nijak tej jej czterogodzinnej pojemności żołądka (lub psychiki) zwiększyć nie potrafię - sposób na: mleko mamy + kaszka na wieczór - bez echa przechodzi, o północy pobudka i tak gwarantowana;
Potem to już tracę kontrolę - bo przenosząc córcię do naszego łóżka uruchamiam samoobsługę - póki ciepło za oknem, sypiam nago i Hania skrupulatnie to wykorzystuje podpinając się do dystrybutorków w miarę jej widzimisięmlekochcenia; mąż niestety nie wykorzystuje faktu, że obok niego niewiasta nago śpi:(- żonkiś ma zwyczaj spać snem sprawiedliwego.

Ostatnio coś w telewizji mówili o jakiś dystrybutorach świeżego mleka – może uda mi się taki zdobyć i w zasięgu hanusiowego łóżeczka postawić. Wieczorem wystarczy tylko dziewczę zaopatrzyć w kasę i niech sobie dziewczyna kupuje za swoje zaskórniaki. Może pokusa oszczędzania na karuzele i inne przyjemności pobudzi Hankę do oszczędzania czyli rzadszego dopominania się o mleko ;)

1 ... 36 , 37 , 38 , 39