napisane w wolnym czasie, kiedy to przemyślenia na temat macierzyństwa i tematów pobocznych w głowie mej miejsca wolnego już dla siebie znaleźć nie mogą
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Inspirujące
LEKTURA OBOWIĄZKOWA
Mama Zone
Męskim okiem widziane
Namiętnie poczytuję
TEŻ MOJE
To właśnie MIŁOŚĆ
W uśpieniu
Lilypie Kids Birthday tickers Liczniki na stonę
Kategorie: Wszystkie | 1001 drobiazgów
RSS
czwartek, 17 sierpnia 2017

By dokopać się do pokładów węglowych najpierw trzeba było przebrnąć przez czekoladowe z miętą i jogurtowe z owocami. 

Po skonsumowaniu węglowych wyglądało się jak górnik po szychcie.

Tagi: foto
08:35, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 sierpnia 2017

Rumunia albo zachwyca, albo odpycha.

Po początkowym "gwałcie" zadanym moim odczuciom estetycznym przez prawie wszędzie dostrzegane ogólnie zaniedbanie i paraliżującą wręcz brzydotę postsocjalistycznych budowli powoli zaczął we mnie kiełkować zachwyt nad rumuńską przyrodą i krajobrazami. Niosły one ze sobą poczucie swobody i wolności. Człowiek jakoś tak samoistnie przestawał wciągać brzuch i brał głęboki oddech.
Bezkres zachwycał. 
Przyroda niezaśmiecana tak wszechobecnymi w polskim krajobrazie billboardami jest całkiem inna w odbiorze. Człowiek czuje się jak eksplorator, a nie dewastator.

Trzy dni na rozsmakowanie się Rumunią i wchłonięcie jej klimatu to zdecydowanie za mało. Czasu starcza tylko na zahaczenie o Banat i Kriszanę oraz "liźnie" Transylwanii. Śmiesznie mało. 

Oradea
Oprócz odnowionego z iście zachodnioeuropejskim rozmachem i (z pewnością) dzięki jej funduszom placu Piata Unirii mnie zachwycały takie oto nieco zapomniane perełki:


fot. Oradea

Starówka Oradei to miękka, giętka i płynna linia, dużo ornamentyki, belle epoque. 

Kluż to ostra, konkretna kreska:

fot. Kluż

Miasta miastami, ale wioski też bywają zachwycające i urokliwe:


fot. Rimatea


A zwłaszcza to, co za "plecami" zabudowań:

Transylwania pełna jest Drakuli. Z każdego niemal zakątka bombarduje się turystę podobizną Vlada Palovnika. Na zamku w Hunedoarze, mimo, że z Drakulą nie miał on nic wspólnego też można było spotkać jego podobiznę łypiącą na nas groźnym okiem z pamiątkowych suvenirów.

fot. Dwie małe drakulki wysysające ze mnie wszelkie pokłady cierpliwości na tle zamku Iana Hunyadego.

I jeszcze raz na pożegnanie z Rumunią widok ogólny na hunedoarski zamek:

sobota, 12 sierpnia 2017

Ktoś rzucił pomysł. Ktoś inny go podchwycił. I już mieliśmy pomysł na wakacyjny wyjazd. 
Węgry - to była opcja pierwotna. Ja przy okazji optowałam usilnie za Rumunią. Ostatecznie przyjęliśmy wariant - Węgry z wypadem na Rumunię. 
Trzy dni na skompletowanie ekwipunku, zamknięcie niedomkniętych spraw, pakowanie i wyruszamy.
Węgry jak to Węgry. Ciepło, co i rusz jakieś wody termalne, ścieżki rowerowe, papryka, zupa gulaszowa, przepisowe 50km/h na terenach zabudowanych. Na naszej drodze Lipotfurdo, Eger, jaskinie Aggtelek, Nyiregyhaza.

Lipotfurdo to zagubiona w okolicy Masonmagyarovar mała wioska z nowoczesnym kompleksem kąpielisk i bardzo przyzwoitym campingiem. Dwa dniu upłynęły nam na intensywnym namaczaniu naszych powłok cielesnych i zajadaniu się zupą gulaszową (co zważywszy na panujące upały może i nie było posunięciem rozsądnym - to tak jakby w upalny dzień zajadać się rosołem - ale wielce smakowitym).

Eger - do niego przywiódł nas apetyt na węgierskie wino. Czyli obowiązkowa wizyta w dolinie Pięknej Pani i słynnych winnych piwniczkach. Niektóre kusiły przepięknymi, prawie że restauracyjnymi wnętrzami, inne za to były, jakby to rzec - dość offowe - wydrążony z skale wulkanicznej tunel, porośnięty mchami, z unoszącym się zapachem pleśni. Schłodzone wino lane wprost z beczek smakowało wybornie. Piwniczek do odwiedzenia jest dość sporo. Win do wyboru - aż do zawrotu głowy. Na szczęście nasz kamping był dość blisko.
Dolina na wieczór, a za dnia spacery urokliwymi egerskimi zaułkami i wizyta na kąpielisku. 

Aggtelek - Schodzimy do podziemi. Zawiało chłodem. Powrót w to miejsce po 15 latach nadal nie rozczarowuje, a co więcej - nadal porusza serce i wywołuje ciary na plecach słuchanie Conquest of Paradise Vangelisa wraz z pokazem światła w podziemnej sali koncertowej.

Nyiregyhaza - a bo tak nam było po drodze ku Rumunii.

A o Rumunii to będzie następnym razem. :)

23:32, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 sierpnia 2017

Gdy jedni kręcili (kolarze) to drudzy kibicowali (my). I jedni, i drudzy w tym skwarze ugotowani na miękko.

Gdy doping ucichł zawyły syreny.
Dla Powstańców.

00:25, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 lipca 2017

Człowiek to istota społeczna. Do prawidłowego rozwoju potrzebuje więzi międzyludzkich. Niektóre więzi z czasem ewoluują. Zacieśniają się. Jak pętla na szyi...

09:18, wiklasia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 lipca 2017

Wałek w kobiecej dłoni to - oględnie rzecz ujmując - sytuacja potencjalnie niebezpieczna.
Zwłaszcza jeśli tym wałkiem zaczyna się wymachiwać.
Zwłaszcza jeśli wymachiwanie ma miejsce na poziomie powyżej głowy.

Od kilku dni mogę powiedzieć, że wałek to mój stały towarzysz niedoli (na własne życzenie). Wałek i farby. 

Jako jeden z pierwszych został wytypowany pokój Hani. I tak dawny zielony został przeflancowany na (w drodze kompromisu) cukierkowy różowy (zęby samoistnie mi zgrzytają przy tym kolorze) i słoneczny żółty.
A niech tam, niech dziewczyna ma. No bo kiedy, jak nie w latach dziecięcych ten różowy? Lepiej teraz niż potem. I lepiej żeby na ścianie, a nie w garderobie czy w głowie się zagnieździł.
No nie lubię, nie lubię całej tej manii różowo-dziecięco-dziewczyńskiej. Bo ten róż to dla mnie takie słodkie pierdziu-pierdziu, landrynkowaty kicz. A ja lubię jak kobieta jest wyrazista. Konkretna. Ma charakter i moc. Nawet jeśli ma lat zaledwie kilka, a cóż dopiero gdy kilkanaście lub kilkadziesiąt. A jaki charakter i siłę prezentuje dziewczątko w tonacji róż - odziane od stóp po czubek głowy w róż, otoczona różowymi zabawkami? Ja w takim zjawisku nie odnajduję nic innego jak tylko przesłodzony infantylizm. Tak już mam, że nie lubię i już.

Przedwczoraj i wczoraj, a także dziś walczyłam z sypialnią. Znudziła mi się szpitalna biel ścian i bezwyrazowość owych (niektórzy nowomodnie nazywają ten stan stylem skandynawskim - ową surowość w posługiwaniu się kolorem i oszczędność w formie). Nuda, to jak wszystkim wiadomo stan niewskazany, niebezpieczna rzecz - tak w życiu, jak i (a może zwłaszcza) w sypialni ;)
Tak więc, by temu zapobiec jedną ze ścian przemalowałam na kolor nieba.
Kiedy tak tańcowałam z wałkiem i niebieską farbą (dosłownie i w przenośni cheek to cheek) to jakoś tak samoistnie w mej głowie zawitał poczciwy Franek Sinatra ze swoim: Heaven, I'm in heaven. Oby jego słowa w końcu się ziściły (w sensie przenośnym oczywiście, a nie dosłownym). Kiedyś. Najlepiej żeby tak w niedługiej przyszłości. Nie w najbliższej pięciolatce czy dziesięciolatce. Chciałabym już. Teraz. Nie chce mi się i nie mam już sił, by na to ziszczenie długo czekać. Choć niestety nic na razie nie zapowiada, że będę mogła z radością w sercu i pieśnią na ustach zanucić za Frankiem Heaven, i'm in heaven (zwłaszcza po dzisiejszej porannej kłótni mój stan daleki jest od niebiańskiego).

07:14, wiklasia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 lipca 2017

Prosta zasada dotycząca wyścigów brzmi: kto pierwszy ten lepszy. Do nagrody głównej startuje wielu chętnych. Ci skrzydlaci również.


 
Siatka osłaniająca ma być dostępna dopiero w czwartek. Trzeba się więc spieszyć.

 

edit:
Takich zielonych nie zjadamy :). Zdjęcie przedstawia stan sprzed około dwóch tygodni.

Tagi: foto
07:53, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 lipca 2017

 

Instynkt łowiecki ma się dobrze.
Godzina 7.00 rano - mężczyźni są na łowach. Sądząc po objętości reklamówek łowy zaliczyć należy do udanych. 90% ludzi mijanych przeze mnie na ulicy biegnącej do sklepu w jednej z nadmorskich miejscowości to mężczyźni. Z jednej strony to budujące, że są jeszcze mężczyźni, którzy dbają o taki drobiazg jak ciepłe pieczywo na śniadanie. Z drugiej strony smutno, i trochę żal, i zazdrość z lekka podszczypuje, że na tej ulicy rano to ja, a nie on. Powiedziałam mu o tym. W połowie urlopu instynkt łowiecki i u niego się obudził (a może to poczucie przyzwoitości?).

Ciągnąc wątek gastronomiczny - kulinarna oferta przyulicznych lokali żywienia zbiorowego od jednej sztancy odbita. Nawet zestaw surówek do różnych dań, w różnych lokalach, w różnych dniach wciąż ten sam i jak posąg ze spiżu niewzruszenie na talerzach trwa - buraczki + marchewka + kapusta. Mam nadzieję, że w tych gwiazdkowanych, hotelowych sytuacja ma się nieco odmiennie.

Wcale nie jest tak jędrnie, gładko i mięsiście jak prezentują to instagramy. Jest normalnie, po ludzku, bez napinki. Królują oponki, fałdki, cellulity. Nikt się nie pręży i nie napina jak pewna Gośka co to "gotowa na plażę, a on jeszcze śpi".

I nie wódź nas na pokuszenie, ale uchowaj od zbędnych kalorii - przejście deptakiem to ciągła walka z aromatycznymi zapachami unoszącymi się na każdym rogu i atakującymi nozdrza. Gofry, lody, kebaby, zapiekanki, milkshake-i, drożdżówki, kukurydze, kawy wszelakie, frytki na kiju i inne cuda. Cudem udało mi się zgrzeszyć tylko raz, ale za to jak pysznie :). Najpyszniejszy gofr od czasu Jarosławca, a trzeba dodać, że Jarosławiec to jakieś 10 lat wstecz miał miejsce.

Bezczynne leżenie na piasku nie dla mnie. Szwendałam się więc po lesie. I  mimo, że sosnowy las nie pachniał obłędnie jak to ma w zwyczaju (temperatury iście nie olejkowe) to widok bielika lecącego bezszelestnie wśród drzew - zapierający dech w piersiach. Przy nim spotkanie oko w oko z lisem, które też miało miejsce to błahostka.

Zresztą, co ja Wam będę tu pisać. Przecież doskonale wiecie jak to nad Bałtykiem latem bywa.

sobota, 17 czerwca 2017

Wyruszyłam w kierunku Jaśkowic z nadzieją na przeżycie jakiś emocji.
Znalazłam piłkę na kiju, a raczej radar meteorologiczny, który tę piłkę imitował.
Gdzieś tam w tle przebijał się temat rozbójnika. I na tym się skończyło. Na Ramżę raczej nie powrócę.




Tagi: foto
20:53, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 czerwca 2017

Im bardziej zagłębiam się w lekturę ulotek otrzymanych od lekarza pierwszego kontaktu, tym bardziej mam skojarzenia z obcowaniem z indeksem ksiąg zakazanych.

A wszystko to bierze swój prapoczątek w szczegółowych badaniach krwi, jakie serwuję sobie raz na kilka lat.
No i wyszedł za wysoki cholesterol. 
I cukier też ciut ponad normę.
I BMI też do korekty. Choć miłe były niedowierzające spojrzenia "dochtórki" rzucane to na mnie, to na wynik BMI i jej uwaga: "dziwne, a nie wygląda pani." *)

I  zasypana zostałam ulotkami, w których jak byk stoi, że czekolady - nie, kotletów i wieprzowiny wszelakiej - nie (żegnajcie kabanosy Tarczyński), żółty ser - nie, orzechy - nie, śmietana, masło - nie, gęsina, kaczka - nie, kawa po turecku - nie, i  tak dalej utrzymane w tej samej tonacji. 
Istny indeks potraw zakazanych.

Humor mam podły. Spróbujcie powiedzieć kobiecie przed okresem, że nie może zjeść czekolady.
Trzeba być człowiekiem bez serca, jeśli taki zakaz wyjdzie z Waszych ust.

*) wniosek - jakież cudów wizualnych można dokonać dobierając odpowiednio do sylwetki  skrojone fatałaszki

22:13, wiklasia
Link Komentarze (4) »
wtorek, 06 czerwca 2017

Mówi się, że po czterdziestce charakter wychodzi na gębę.
No to od wczoraj zaczyna mi wyłazić.

 

Tagi: urodziny
07:04, wiklasia
Link Komentarze (3) »
środa, 31 maja 2017
Szkoda tylko, że nie naftowej. Na tej mojej to majątku nie zbiję, niestety. A ilościami hurtowymi dysponuję. Całe gardło zawalone. Tak zawalone, że przełykanie zwykłej śliny urasta do rangi problemu stulecia. Mam wrażenie, że w mojej szczęce jakiś szalony dentysta dokonał masakry piłą mechaniczną. Drugi szaleniec z młotem pneumatycznym urządza sobie dyskotekę w stylu pogo w mojej głowie. A to niby tylko angina ropna.
15:01, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 maja 2017

Słupek rtęci w termometrze w końcu zaczął wskazywać wartości powyżej 10 +. Jeśli wiosna tak na serio i chyba już na stałe, to nie pozostaje nic innego jak też na serio i systematycznie wziąć się za depilowanie nóg.  

18:45, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 maja 2017

Nie kupiłam kiełbasy na grilla, bo grilla nie urządzałam. Nie stałam w korkach na zakopiance czy wiślance, bo w oblegane turystycznie miejsca się nie wybierałam. Nie relacjonowałam też "na żywo" na fb, gdzie jestem i co aktualnie znajduje się na moim talerzu, bo z łączności ze światem przez te kilka dni nie korzystałam.
Ale i tak nie uniknęłam tego całego owczego pędu. Córka wyciągnęła planszówkę i cóż było robić. Zagrałam.
 

Tagi: foto
09:47, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 kwietnia 2017

Dziecięciem będąc święcie przekonana byłam, że w niedzielę palmową do kościoła chodzi się z prawdziwymi palmami. Szczęśliwa niezmiernie się czułam z powodu tego, że jeden taki okaz stał w naszym mieszkaniu na parapecie w doniczce i rósł sobie beztrosko i w pełni nieświadom czekającego go wkrótce armagedonu.
Była więc niedziela palmowa lat osiemdziesiątych. Porwałam mamie tę naszą małą domową palemkę i raźno podreptałam do kościoła. Na szczęście zostałam w porę przechwycona przez rodziców. Tu nastąpiło odebranie doniczki z palmą i proces uświadamiania o jaką że to palmę chodzi.
Mając w pamięci swoje dzieciństwo moje własne dzieci od niemowlęctwa uświadomione zostały przez mnie w kwestii palmowej. Tradycyjne z suchych traw i kwiatów już im się przejadły (rozpuszczone bestie) więc nie pozostało matuli nic innego jak ruszyć na łowy po witki brzozowe, bukszpan, żywotnik, poszperać w czeluściach z przydasiami i cosik zmajstrować dla potomków mych.

19:30, wiklasia
Link Komentarze (4) »
sobota, 15 kwietnia 2017

Próbuję zwabić świąteczny, radosny nastrój piekąc sernik, gotując żur, tworząc z dziećmi pisanki.
Próbuję zrozumieć sens Ofiary uczestnicząc z rytuałach.
Kiepsko mi to wszystko wychodzi. Ale staram się i trzymam fason.

Coś się wypaliło i nie potrafię tego na nowo wskrzesić.
A tu Wielkanoc - wielki symbol zmartwychwstania.

Jest więc nadzieja. Może się uda.

Mówił, że wystarczy tylko uwierzyć. I to nie jakoś heroicznie, karkołomnie. Tyle tylko ile ziarenko gorczycy. Niewiele. Tyle co nic. Powinno wystarczyć i zdziałać cuda. 

23:20, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 kwietnia 2017

Są takie marzenia, które z dużym prawdopodobieństwem nie doczekają się spełnienia. Lub, które trzeba odłożyć na później.
Jednym z nich jest wiosenna wizyta w holenderskim ogrodzie Keukenhof. 

Trudno jest zaliczyć mnie do osób legitymujących się cnotą cierpliwości. Co to, to nie. Jestem raczej z tych przebierających nóżkami ze zniecierpliwienia.

Widoków na podróż do holenderskich ogrodów nie mam, więc postanowiłam zaprosić je do siebie.
I tak oto mizerna, bo mizerna, ale jednak namiastka holenderskich kwietnych łanów za moim oknem.



 

Tagi: foto
16:51, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 marca 2017

Smuteczki mnie dziś dopadły. Przytuliły się do mnie i pochlipują z cichutka.

Zostałam dziś obdarowana gorzką czekoladą.
Od razu pojawiła się w mojej głowie myśl, że jest to doskonała ilustracja relacji jaka łączy mnie z osobą obdarowującą. Ta relacja pełna jest goryczy i często ma dla mnie bardzo gorzki posmak.
Przy okazji usłyszałam, że jest to mój ulubiony rodzaj czekolady.
Ciekawe.
Do tej pory byłam święcie przekonana, że od wielu lat, niezmiennie i najbardziej to ja lubię mleczną z całymi orzechami.
No cóż, widocznie najwyższy czas zrewidować wiedzę i poglądy na swój własny temat. 

Dostałam dziś również w podarku kolejną porcję wyrzutów (szkoda, że nie były to wyrzuty sumienia, tylko wyrzuty - zarzuty). Odstawiłam je na półkę pod tytułem "niekończąca się historia". Dołączyły do swoich koleżanek. Przeczuwam, że muszę przygotować sporo wolnego miejsca dla następnych. Zerkając wstecz wiem, że nie raz jeszcze zostanę obdarowana kolejną ich edycją. W końcu nie bez kozery półka ta nazywa się niekończącą się historią. 

Smuteczki nie chcą odpuścić. Obstają, uparciuszki, przy kwaterunku na czas dłuższy.

Miejski Ośrodek Kultury działający w moim mieście życzliwym okiem spojrzał na wnioskowaną przeze mnie inicjatywę kulturalną i chce ją zrealizować. Jeśli znajdą się dodatkowe, pozakonkursowe fundusze dostanę zielone światło do działania.

Chociaż tyle.

Bo tak ogólnie to smuteczek smuteczkiem pogania.

Dziś spotkało mnie trochę kurtuazji z okazji okazji, ale poczucie, że jestem dla kogoś kimś prawdziwie ważnym - zerowe. Ot, przynieś, podaj, pozamiataj, nie oczekuj i wiecznie rozgrzeszaj.

Nie pozostało mi nic innego jak tylko polubić jej gorzki smak. Ponoć gorzka najzdrowsza. I mimo wszystko zawiera serotoninę.

 

Na jakiś czas przycupnę sobie gdzieś w kącie, cichutko. Poczekam na prawdziwą wiosnę. Spróbuję naładować się pozytywną energią świata i wtedy tu powrócę. Za jakiś czas. A tymczasem, bywajcie.

22:55, wiklasia
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 marca 2017

Porzuciłam dziś siebie, swoją tożsamość, przynależność narodową, stan majątkowy, adres zamieszkania, udokumentowane umiejętności obchodzenia się z końmi mechanicznymi. Historię mojego zdrowia i choroby też porzuciłam, odrobinę gotówki, kilka popłaconych paragonów. Potomstwo porzuciłam. Niezauważalnie, nieświadomie. Z jaką łatwością wyrzekłam się tego wszystkiego. Bez mrugnięcia. Bez zająknięcia. Beztrosko. Bez udziału świadomości. Bezmyślnie wręcz głupio.

I odnaleziono mnie. Po kilku godzinach. W poradni psychologiczno-pedagogicznej. Przywrócono mi na powrót tożsamość, "dyskietki" z NFZ-u, prawo jazdy, karty płatnicze, odrobinę gotówki, dowody dzieci, karty lojalnościowe i tę łuskę karpia, co to na szczęście i dobrobyt noszę w jednej z przegródek. Przepełniona wdzięcznością do uczciwego znalazcy schowałam na powrót do tylnej kieszeni dżinsów. Choć jak widać, to niekoniecznie najszczęśliwsze miejsce do noszenia portfela.

22:34, wiklasia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 lutego 2017

Jestem już po.
Przyznaję szczerze, że mam ochotę na więcej.

Podobno by spalić 1 pączka potrzeba przez 8 godzin leżeć. Idę się wiec położyć.
Nie budźcie mnie do rana ;)
 

13:58, wiklasia
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39