napisane w wolnym czasie, kiedy to przemyślenia na temat macierzyństwa i tematów pobocznych w głowie mej miejsca wolnego już dla siebie znaleźć nie mogą
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
O autorze
Zakładki:
Inspirujące
LEKTURA OBOWIĄZKOWA
Mama Zone
Męskim okiem widziane
Namiętnie poczytuję
TEŻ MOJE
To właśnie MIŁOŚĆ
W uśpieniu
Lilypie Kids Birthday tickers Liczniki na stonę
Kategorie: Wszystkie | 1001 drobiazgów
RSS
piątek, 24 listopada 2017

Hinduiści mają swoje mantry, wyznawcy Allaha sznury modlitewne, buddyści mistyczne formuły medytacyjne, chrześcijanie swoje litanie loretańskie, do serca Jezusowego itd., a matki z całego świata jednoczą się w codziennym odmawianiu swoistej matczynej litanii:
wstawaj już,
ubierz się,
śniadanie czeka,
umyj zęby,
uczesz się, 
ubierz się,
wychodzimy,
odrób lekcje,
spakuj się na jutro,
umyj zęby,
śpij dobranoc,
kocham Cię.

Matczyna litania obiega cały świat. Wznawiana każdego ranka i wieczora. Wybrzmiewa we wszechświecie nieprzerwanie od wielu już lat bez względu na rasę, pochodzenie czy wyznawaną religię.

09:41, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 listopada 2017

Bonda coraz mniej strawna dla mnie. Katarzyna. Albo i mózg mój powoli zaczyna niedomagać. Połączenia międzysynaptyczne przepalone albo zalążki alzheimera jakoweś?  Męczę "Lampiony" już jakiś czas. I ciągle nie nadążam, i gubię się w temacie, który bohater to który.

Za to problemów z rozpoznaniem koleżanek ze szkolnej ławy na dwudzistojednolecie po maturze nie miałam. Wszystkieśmy ładne, zadbane, choć już nie pierwszej świeżości. :)

Ogród przygotowuję do snu zimowego. Byliny na rabatach pieczołowicie okrywam pierzynką z liści. Kilogramy cebul zakopałam z nadzieją na ich wiosenne ogrodowe zmartwychpowstanie. 

I czekam na Mróz, czy raczej na nowego Mroza. Remigiusza. Zdecydowanie lepszy od Bondy. Biorąc pod uwagę jego płodność pisarską długo czekać nie będę musiała.  

W sumie śnieg też mi się marzy.  W zestawie ze słonkiem. Taka słoneczna, śnieżna zima byłaby całkiem miłym dodatkiem do świąt czy ferii. 

I nie wiem dlaczego zamarzyła mi się Finlandia. ??? Może z powodu czystszego powietrza?
Bo u nas, na Śląsku szans na wzięcie głębokiego, swobodnego oddechu nie ma.
Stężenia pyłów PM 2,5 i PM 10 notorycznie przekraczane. Czuję się jak panga w Mekongu.

21:42, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 listopada 2017

Może ja omamy jakieś mam? - pomyślałam zerkając na to, co zaczęli montować w moim mieście na płycie rynku 10 listopada. Tuż przed Świętem Niepodległości wypadałoby coś patriotycznego, a tu zonk.
Choinka bożonarodzeniowa. Już stoi.

22:20, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 listopada 2017

Dzisiejsze listopadowe słonko obudziło z letargu nie tylko muchy :).
Po odczynieniu czarów w kuchni wsiadłam na rower z zamiarem niezmarnowania tak pięknej listopadowej pogody. Ubrałam się więc w obcisłe (bo,  jak radził pewien pan - warto mieć styl) i popedałowałam sobie ode wsi do lasu i z powrotem.  Tempo dość konkretne sobie narzuciłam, bo i czasu mało, i chałupę ogarnąć co nieco trzeba by było przed przyjściem urodzinowych gości. A tu, po drodze tyle urokliwych miejsc do pozachwycania się nimi. Oczywistych cudowności, takich jak choćby żółtożarówkowo przebarwionych młodych buczków nie fotografowałam.
Ale inne nieoczywiste inkszości - a jakże.


Tempo jazdy było konkretne, więc bez wyrzutów sumienia mogłam pozwolić sobie na kawałek haninkowego urodzinowego orzechowo-miodowego tortu. Bilans energetyczny wyszedł satysfakcjonujący. 
Tort zaczerpnięty z mojewypieki już nie tak bardzo. Za bardzo śmietankowy.  

środa, 11 października 2017

Od rana był tak zwany chaos kontrolowany.
W pośpiechu i z drżeniem rąk zakładałam szkła kontaktowe. Potem wizyta u fryzjera spędzona w oparach lakieru do włosów. Kosmetyczka - nigdy wcześniej, jak i później nie miałam tak fajnie zrobionych paznokci. Dom rodzinny - pełen radosnego zabiegania. Jedna z rzadkich okazji nacieszenia się obecnością bliskich mi osób. Piękne kwiaty, uściski, serdeczności, chwile wzruszenia. I myśl w głowie, że co ma być to będzie. Dzień pełen jesiennego, dojrzałego słońca.
Kościół, ksiądz, stuła. Pięknie nakryty stół. Rozbudowana karta dań. Bliscy ludzie dookoła - tak było dokładnie dziewięć lat temu.

Dziś, po wyprawieniu dzieci do szkoły i przedszkola na stole jedno nakrycie do śniadania. Poranek samotnie spędzony w ogrodzie. Włosy wypadałoby w końcu ułożyć w jakąś fryzurę. Konflikt siostrzano-braterski rozwiązać. Znaleźć odpowiedź na odwieczne pytanie: Co na obiad? Telefon do mamy, do siostry - by chociaż kilka słów w ciągu dnia zamienić z osobą dorosłą. Chrypiące gardło, bo infekcja, a by odejść za siódmą górę i rzekę jakoś nieprzekonana. I bajka dla dzieci na dobranoc z zakończeniem: "żyli długo i szczęśliwie"

Przynajmniej w bajce.

22:01, wiklasia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 05 października 2017

Pospolitość skrzeczy jesiennymi deszczami, katarem i bólem gardła.
A tak by się chciało ...

19:36, wiklasia
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 września 2017

Czas babiego lata, kiedy to eksponowane były nogi, dekolty, ramiona i co tam która ładnego i apetycznego miała minął bezpowrotnie. 
Od kilku dni niemalże że nieprzerwanie pada deszcz.
Czuję się jak biblijny Noe.
Nic, tylko wypatrywać znaku z nieba. I na ten znak z góry dany zacząć brać się do budowania arki.
:).



09:16, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 września 2017

Jesień w tym roku jakaś taka inna. Smutkiem podszyta. Takim bez powodu.

Radość ulotna jak babie lato. Nie umiem jej dojrzeć, a co dopiero schwytać. Ciągle nie nadążam. Wiecznie spóźniona w tym łapaniu radości.
A może za dużo kryminałów czytam?
Bo w kryminałach to wiadomo - krew się leje i trup ściele gęsto, a to optymizmem nie nastraja.

17:51, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017

- Ja chcę brokuła!

- A ja wolę groszek

O matko i córko! I wszyscy święci na Olimpie!

Juupi!!!. W końcu do moich dzieci dotarło, że warzywa to samo zdrowie (wyłączając z nich pestycydy tak chętnie i ochoczo wtłaczane w nie przez rolników). 
Nie będzie już wybrzydzania!
Nie będzie min pokrzywionych!

I nagle Boom!. Olśnienie zwane obuchem między oczy.
To nie o te z pola od rolnika taki bój, a o te z Insekta.
O pluszowe, co za naklejki rozdają.

10:34, wiklasia
Link Komentarze (1) »

Było ich trzech.
Zadbanych. Mniej lub bardziej przystojnych (w gusta nie wnikam). W ubraniach podkreślających ich muskulaturę (taką w sam raz, miłą dla kobiecego oka). Uśmiechniętych. Służących pomocą. Uprzejmość biła z ich twarzy z intensywnością blasku surówki wypływającej z martenowskiego pieca. 

Ale ja nie o tym.

Przypadkowym, niezamierzonym zrządzeniem losu stałam się posiadaczką zestawu garnków wyprodukowanych przez firmę na literkę P. Wiecie, takie co to samo zdrowie, cud, miód i inne niezwykłości. A ponieważ wraz z zestawem nie przywędrowała do mnie instrukcja ich obsługi, to trzeba było się czymś podratować.
Kiedy więc w moje łapki trafiło zaproszenie na pokaz reklamowy dotyczący tychże garnków postanowiłam chwycić byka za rogi i wybrałam się.

Jakież to ciekawe wydarzenie socjologiczne. Ileż intrygujących obserwacji poczyniłam...

I tu wypadałoby wrócić do owej trójcy przystojnej i zgrabnie połączyć w całość dwa powyżej poczynione wątki.

Otóż panowie owi poławiaczami byli. Kusicielami. 
W żonglowaniu różnymi sztuczkami socjotechnicznymi osiągnęli mistrzostwo.
Monolog reklamowy szedł gładko i przyjemnie dla ucha. By wyeliminować przypadkowe próby zapadnięcia w stan relaksacyjny zwany drzemką, prowadzący od czasu do czasu rzucił jakąś anegdotką, żarcik zapodał. I tak sobie łacno i gładko szło urabianie. Monolog obfitował w częste odniesienia do jednej z cenniejszych wartości w życiu człowieka jaką jest zdrowie. Zadziałało, zwłaszcza, że towarzystwo słuchaczy tak w 90% składało się z beneficjentów ZUS-u. Czyli tu jednemu coś "szczyka", a tam łupie i niedomaga. Wiadomo - polski emeryt.
Kiedy temat zdrowia z lekka się wyczerpywał, prowadzący uderzył w inne tony. Kusił słowami "a bo tej pani, i panu, i tej pani również, i tamtej to się, kurde należy". A bo sąsiadka ma, a ja co? Gorsza jaka? Znana i wielce powszechna polska przywara jaką jest zawiść - warto wykorzystać do kuszenia gawiedzi. 

Budowanie poczucia wyjątkowości chwili i okazji. Bo, że pięćdziesięciolecie firmy, że tego jeszcze nie było i już nigdy nie będzie. I oferta specjalna, bo normalnie to z 10-ciu tysiaków trzeba wyskoczyć, a tu tylko jakieś marne 6 - tylko dziś, tu i teraz - tak modne ostatnio. I będziesz frajerem jeśli nie skorzystasz.
I to napięcie. Noszzz, prawie, że werble słyszałam.
I tak kolejni, przyszli, szczęśliwsi, zdrowsi i mniej zawistni słuchacze  prowadzeni byli niemalże jak na postronku do punktów konsultacyjnych w sprawie rat kredytu na zakup owego cudu jakim jest zestaw garnków z wysokogatunkowej stali.
Jak tak na nich patrzyłam, to mi się od razu Pinokio przypomniał i jego pobyt w krainie wiecznej zabawy. I te ośle uszy, i naiwność, i głupota ludzka.

A jak już nie było w co uderzać, to w poczucie przyzwoitości i wdzięczności.
I prowadzący wysnuł kolejną opowieść:
Że kiedyś, gdzieś jakaś pani po pokazie podeszła do niego i rzekła, że ona to wprawdzie garnki na P. już ma, ale tak miło spędziła czas, a prowadzący taki był uroczy, i tak się pewnie biedaczek napracował, i przecież specjalnie, z daleka przyjechał, że ona to tę lanolinę (co to na koniec pokazu była przedstawiana) z wdzięczności kupi.

I jak już pokaz do końca się zbliżał to nagle towarzystwo słuchaczy z lekka się przerzedziło. Z krzeseł powstawali i strategiczne miejsca przy wyjściu zajmować poczęli. A dlaczego? O tym przekonałam się chwil kilka później. 
Bo to stali bywalcy takich prezentacji byli. I pierwsi w kolejce, co to gratisy w podzięce za wysłuchanie dawali, odebrać chcieli. A jak te upatrzone przez nich gratisy się skończyły, to zadeklarowali, że na drugi pokaz na 14.00 przyjdą. Ot i się dowiedziałam, że nowa profesja w tym kraju jest dla emerytów, rencistów i wszystkich posiadających trochę wolnego czasu - pokazowy łowca gratisów. A jak się wykłócali, że biały chcą, a nie czarny, że to skandal, że grille się skończyły, bo on blendera to nie chce.
Ech, życie ...

Po powrocie do domu wyciągnęłam owe cudowne gary z garażu, wytarłam z kurzu, bo ździebko nim porosły, podgrzałam na płycie, ustawiłam w wieżę jak na pokazie było, po chwili włączyłam wyciąg kuchenny, bo smrodek spalenizny się pojawił (kurde, tego na filmie pokazowym nie było) i spróbowałam gotować.
Ale wiecie co, ja to jednak wolę tradycyjnie, na moich ikeowskich, co to sobie mogę w każdej chwili łyżką w nich pomieszać nie burząc przy tym skomplikowanej garnkowej wieży, rękę przyłożyć czy wystarczająco rozgrzane, zamiast gapić się w termometr zamontowany na pokrywce. I nie muszę wyskakiwać z 10 tysiaków (czy też 6-ciu jeśli los na pokazie się do Ciebie uśmiechnie i zostaniesz wylosowany).
A jakby kogo z Was naszło i chciałby takie garnki to niech zajrzy na olx. Tam to dopiero wypatrzyłam okazję. Wyjątkową. Tylko tu i teraz. I zdrowie w gratisie, i sąsiadka z zazdrości pęknie. I werble poproszę, ta dam! - 2,5 tysiaka. Tylko gratisów nie rozdają.

00:11, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 sierpnia 2017

Czasem by nie zwariować trzeba totalnie odlecieć. Na przykład na pomarańczowo.


Pociecha stylizuje się na intelektualistkę, matka na zakręconą.

08:08, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 sierpnia 2017

Myślę, że każda kobieta ma w swoim życiu taki czas kiedy to marzy, śni i czeka na swojego Romea.
Ta Julia - jak można domniemywać - zmądrzała i od dawna już nie czeka. ;)


Balkonik ewidentnie zamknięty na cztery spusty i kilka rzędów pustaków.
Jednym słowem - rekrutacja zakończona.
Nikt tu na nikogo nie czeka.

No, może na konserwatora zabytków.

Tagi: foto
18:01, wiklasia
Link Dodaj komentarz »

Aż chciałoby się zapiać z zachwytu i rzec:
jakaż piękna koronkowa robota

fot. Kornikowa robota

czwartek, 17 sierpnia 2017

By dokopać się do pokładów węglowych najpierw trzeba było przebrnąć przez czekoladowe z miętą i jogurtowe z owocami. 

Po skonsumowaniu węglowych wyglądało się jak górnik po szychcie.

Tagi: foto
08:35, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 sierpnia 2017

Rumunia albo zachwyca, albo odpycha.

Po początkowym "gwałcie" zadanym moim odczuciom estetycznym przez prawie wszędzie dostrzegane ogólnie zaniedbanie i paraliżującą wręcz brzydotę postsocjalistycznych budowli powoli zaczął we mnie kiełkować zachwyt nad rumuńską przyrodą i krajobrazami. Niosły one ze sobą poczucie swobody i wolności. Człowiek jakoś tak samoistnie przestawał wciągać brzuch i brał głęboki oddech.
Bezkres zachwycał. 
Przyroda niezaśmiecana tak wszechobecnymi w polskim krajobrazie billboardami jest całkiem inna w odbiorze. Człowiek czuje się jak eksplorator, a nie dewastator.

Trzy dni na rozsmakowanie się Rumunią i wchłonięcie jej klimatu to zdecydowanie za mało. Czasu starcza tylko na zahaczenie o Banat i Kriszanę oraz "liźnięcie" Transylwanii. Śmiesznie mało. 

Oradea
Oprócz odnowionego z iście zachodnioeuropejskim rozmachem i (z pewnością) dzięki jej funduszom placu Piata Unirii mnie zachwycały takie oto nieco zapomniane perełki:


fot. Oradea

Starówka Oradei to miękka, giętka i płynna linia, dużo ornamentyki, belle epoque. 

Kluż to ostra, konkretna kreska:

fot. Kluż

Miasta miastami, ale wioski też bywają zachwycające i urokliwe:


fot. Rimatea


A zwłaszcza to, co za "plecami" zabudowań:

Transylwania pełna jest Drakuli. Z każdego niemal zakątka bombarduje się turystę podobizną Vlada Palovnika. Na zamku w Hunedoarze, mimo, że z Drakulą nie miał on nic wspólnego też można było spotkać jego podobiznę łypiącą na nas groźnym okiem z pamiątkowych suvenirów.

fot. Dwie małe drakulki wysysające ze mnie wszelkie pokłady cierpliwości na tle zamku Iana Hunyadego.

I jeszcze raz na pożegnanie z Rumunią widok ogólny na hunedoarski zamek:

sobota, 12 sierpnia 2017

Ktoś rzucił pomysł. Ktoś inny go podchwycił. I już mieliśmy pomysł na wakacyjny wyjazd. 
Węgry - to była opcja pierwotna. Ja przy okazji optowałam usilnie za Rumunią. Ostatecznie przyjęliśmy wariant - Węgry z wypadem na Rumunię. 
Trzy dni na skompletowanie ekwipunku, zamknięcie niedomkniętych spraw, pakowanie i wyruszamy.
Węgry jak to Węgry. Ciepło, co i rusz jakieś wody termalne, ścieżki rowerowe, papryka, zupa gulaszowa, przepisowe 50km/h na terenach zabudowanych. Na naszej drodze Lipotfurdo, Eger, jaskinie Aggtelek, Nyiregyhaza.

Lipotfurdo to zagubiona w okolicy Masonmagyarovar mała wioska z nowoczesnym kompleksem kąpielisk i bardzo przyzwoitym campingiem. Dwa dniu upłynęły nam na intensywnym namaczaniu naszych powłok cielesnych i zajadaniu się zupą gulaszową (co zważywszy na panujące upały może i nie było posunięciem rozsądnym - to tak jakby w upalny dzień zajadać się rosołem - ale wielce smakowitym).

Eger - do niego przywiódł nas apetyt na węgierskie wino. Czyli obowiązkowa wizyta w dolinie Pięknej Pani i słynnych winnych piwniczkach. Niektóre kusiły przepięknymi, prawie że restauracyjnymi wnętrzami, inne za to były, jakby to rzec - dość offowe - wydrążony z skale wulkanicznej tunel, porośnięty mchami, z unoszącym się zapachem pleśni. Schłodzone wino lane wprost z beczek smakowało wybornie. Piwniczek do odwiedzenia jest dość sporo. Win do wyboru - aż do zawrotu głowy. Na szczęście nasz kamping był dość blisko.
Dolina na wieczór, a za dnia spacery urokliwymi egerskimi zaułkami i wizyta na kąpielisku. 

Aggtelek - Schodzimy do podziemi. Zawiało chłodem. Powrót w to miejsce po 15 latach nadal nie rozczarowuje, a co więcej - nadal porusza serce i wywołuje ciary na plecach słuchanie Conquest of Paradise Vangelisa wraz z pokazem światła w podziemnej sali koncertowej.

Nyiregyhaza - a bo tak nam było po drodze ku Rumunii.

A o Rumunii to będzie następnym razem. :)

23:32, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 sierpnia 2017

Gdy jedni kręcili (kolarze) to drudzy kibicowali (my). I jedni, i drudzy w tym skwarze ugotowani na miękko.

Gdy doping ucichł zawyły syreny.
Dla Powstańców.

00:25, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 lipca 2017

Człowiek to istota społeczna. Do prawidłowego rozwoju potrzebuje więzi międzyludzkich. Niektóre więzi z czasem ewoluują. Zacieśniają się. Jak pętla na szyi...

09:18, wiklasia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 lipca 2017

Wałek w kobiecej dłoni to - oględnie rzecz ujmując - sytuacja potencjalnie niebezpieczna.
Zwłaszcza jeśli tym wałkiem zaczyna się wymachiwać.
Zwłaszcza jeśli wymachiwanie ma miejsce na poziomie powyżej głowy.

Od kilku dni mogę powiedzieć, że wałek to mój stały towarzysz niedoli (na własne życzenie). Wałek i farby. 

Jako jeden z pierwszych został wytypowany pokój Hani. I tak dawny zielony został przeflancowany na (w drodze kompromisu) cukierkowy różowy (zęby samoistnie mi zgrzytają przy tym kolorze) i słoneczny żółty.
A niech tam, niech dziewczyna ma. No bo kiedy, jak nie w latach dziecięcych ten różowy? Lepiej teraz niż potem. I lepiej żeby na ścianie, a nie w garderobie czy w głowie się zagnieździł.
No nie lubię, nie lubię całej tej manii różowo-dziecięco-dziewczyńskiej. Bo ten róż to dla mnie takie słodkie pierdziu-pierdziu, landrynkowaty kicz. A ja lubię jak kobieta jest wyrazista. Konkretna. Ma charakter i moc. Nawet jeśli ma lat zaledwie kilka, a cóż dopiero gdy kilkanaście lub kilkadziesiąt. A jaki charakter i siłę prezentuje dziewczątko w tonacji róż - odziane od stóp po czubek głowy w róż, otoczona różowymi zabawkami? Ja w takim zjawisku nie odnajduję nic innego jak tylko przesłodzony infantylizm. Tak już mam, że nie lubię i już.

Przedwczoraj i wczoraj, a także dziś walczyłam z sypialnią. Znudziła mi się szpitalna biel ścian i bezwyrazowość owych (niektórzy nowomodnie nazywają ten stan stylem skandynawskim - ową surowość w posługiwaniu się kolorem i oszczędność w formie). Nuda, to jak wszystkim wiadomo stan niewskazany, niebezpieczna rzecz - tak w życiu, jak i (a może zwłaszcza) w sypialni ;)
Tak więc, by temu zapobiec jedną ze ścian przemalowałam na kolor nieba.
Kiedy tak tańcowałam z wałkiem i niebieską farbą (dosłownie i w przenośni cheek to cheek) to jakoś tak samoistnie w mej głowie zawitał poczciwy Franek Sinatra ze swoim: Heaven, I'm in heaven. Oby jego słowa w końcu się ziściły (w sensie przenośnym oczywiście, a nie dosłownym). Kiedyś. Najlepiej żeby tak w niedługiej przyszłości. Nie w najbliższej pięciolatce czy dziesięciolatce. Chciałabym już. Teraz. Nie chce mi się i nie mam już sił, by na to ziszczenie długo czekać. Choć niestety nic na razie nie zapowiada, że będę mogła z radością w sercu i pieśnią na ustach zanucić za Frankiem Heaven, i'm in heaven (zwłaszcza po dzisiejszej porannej kłótni mój stan daleki jest od niebiańskiego).

07:14, wiklasia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 lipca 2017

Prosta zasada dotycząca wyścigów brzmi: kto pierwszy ten lepszy. Do nagrody głównej startuje wielu chętnych. Ci skrzydlaci również.


 
Siatka osłaniająca ma być dostępna dopiero w czwartek. Trzeba się więc spieszyć.

 

edit:
Takich zielonych nie zjadamy :). Zdjęcie przedstawia stan sprzed około dwóch tygodni.

Tagi: foto
07:53, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39