napisane w wolnym czasie, kiedy to przemyślenia na temat macierzyństwa i tematów pobocznych w głowie mej miejsca wolnego już dla siebie znaleźć nie mogą
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze
Zakładki:
Inspirujące
LEKTURA OBOWIĄZKOWA
Mama Zone
Męskim okiem widziane
Namiętnie poczytuję
TEŻ MOJE
To właśnie MIŁOŚĆ
W uśpieniu
Lilypie Kids Birthday tickers Liczniki na stonę
poniedziałek, 24 września 2018

Wróciła.
"Pachnąca" trzydniowym biwakowaniem,
Z przeciętym opuszkiem palca (bo scyzorykiem wydłubywałam zawartość żołędzia),
z cieniami pod oczami (bo na warcie nocnej dwa razy stałam od 4.30 do 5.20 - i to w ten deszcz),
z połową nietkniętego jedzenia i picia,
lekko wymarznięta,
głodna
i niewyspana,
ale bardzo zadowolona.

Może to jest recepta na jej dobre samopoczucie i zadowolenie: wygłodzę, nie dam się jej wyspać, przeczołgam po lesie a wtedy przestanie fukać i marudzić i częściej zobaczę na jej twarzy uśmiech i  będzie mieć więcej życzliwości do świata i ludzi, i brata.
;)

10:42, wiklasia
Link Komentarze (2) »
sobota, 22 września 2018

Matka ma nerwy napięte jak postronki.
Po dzisiejszej nocy.
O ile wsłuchiwanie się w bębniący w okna dachowe deszcz, kiedy ty sama leżysz w ciepłym łóżku jest powodem do zadowolenia i wdzięczności, o tyle wizja dziecięcia, które nad sobą ma tylko materiał namiotowej plandeki w tę mroźną noc jest powodem do troski i zmartwienia.
Wyobraźnia podsuwała mi coraz to nowe wizje: a to kapiący po nosku deszcz, a to chłód niepozwalający zasnąć (takie są moje osobiste doświadczenia i wspomnienia z dawnego wędrownego włóczykijostwa z namiotem po Małej Fatrze na Słowacji), a to zapalenie płuc, głód, zaprószenie ognia, spadająca gałąź...
I nie pomagała świadomość, że wyposażona została w naprawdę ultraciepły śpiwór, że dostała ilość  wałówki, której nie będzie w stanie sama przetrawić, że ciepłe ciuchy, czapka, scyzoryk, czołówka, plastry, płyn do dezynfekcji ran itp.
Dotrwałam do rana, a potem zjawiłam się z obozowisku z drobną przesyłką w postaci: pary kaloszy, ciepłych skarpet, dodatkowej bluzy polarowej i kurtki zimowej.
Dziecko potraktowało mnie w stylu: mama co ty tu robisz, idź sobie, nie przeszkadzaj w super zabawie.
Większe zrozumienie otrzymałam od dorosłej obsługi biwaku.
"Moja żona też tak ma" - usłyszałam na pocieszenie z ust jednego pana.

20:54, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 września 2018

Matka ma nerwy.

Jeszcze dziewięciu lat nie przekroczyła, a już wyprawiłam z domu.
Z dala *) od domu Młoda chyba trochę skruszeje. Zwłaszcza, że zapowiadają, że temperatura w nocy ma spaść do 5 st. Celsjusza, a ona w namiocie.

Wróci za trzy dni.
Jak się wybiwakuje na harcerskim zlocie.

 

*) Na szczęście niedaleko. Jakieś pół kilometra od domu.

20:12, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 września 2018

c.d.

 

Młody był.
Skończył źle.
Za żebro powieszony.

Na Węgrzech trochę nudno mi było.
Ja nie kaczka, by cały dzień spędzać na moczeniu się w wodzie.
Wymiękłam po dwóch dniach.
Zarządziłam zwijanie manatków i przenosiny do sąsiedniego kraju - Słowacji.
I w dziury wskoczyliśmy. 
Po ichniemu Janosikove diery we wsi Terchova.
Podobno to stąd się wywodził i tu baciarował Juraj. Janosik mu było po ojcu.
Klimatyczne, łatwe  do przejścia szlaki dla dorosłych i młodzieży (dzieciaki mogą mieć problem z uwagi na drabinki), bez zadyszki, bez sapania, za to z ochami i achami
Gdy sucho i słonecznie warto tu wpaść. Gdy deszczowo - to proponuję trzymać się mocniej drabinek na szlakach.

Chciałam jeszcze zahaczyć o wieś Cićmany.
Synu mógłby tam komuś chatę w jakiś rzucik przyozdobić. Przy okazji potrenować szlaczki przed swoim debiutem w szkole.
Dlaczego? Wpiszcie w wyszukiwarkę nazwę wsi i obrazki zapodajcie.
Prymitywne malowanki zaciekawiły mnie bardzo i mam ochotę na więcej, i na żywo, a nie on - line.
Na szczęście jest to do zrobienia.
Co do noclegu w Terchovej. O rzut beretem w miejscowości Niźne Kamence przyzwoity camping z domkami całorocznymi. Chyba tu wrócę.

23:25, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 września 2018

Nie dałam rady się im oprzeć.
Kusiły jak te z raju.
Zebrałam z ziemi.
Spakowałam do plecaka i popedałowałam dalej.
Mam nadzieję, że tym razem grzechu z tego żadnego nie będzie. I wygnania.

Rajskie jabłuszka znalazły swoje miejsce w wianku na drzwiach.
I kuszą, by zastukać, wejść, pogadać, napić się kawy.
One kuszą, nie ja.
Bo jaka tam ze mnie Ewa.
Jam nie nudystka, by po włościach mych hasać odzianą tylko w listek figowy. 

11:23, wiklasia
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 września 2018

Genów się nie oszuka.

Nawet ręce zakładamy w ten sam sposób.

Prawa przed lewą.

:)

 Moja siostra, moja córcia i moje ja

fot. Marcin Słodczyk

20:41, wiklasia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 06 września 2018

Czasem jest tak, że koła same się kręcą.
Czasem bywa i tak, że nawet jadąc z górki ledwie zipiesz i męczysz się okrutnie.
Od czego to zależy? Nie wiem.
Od śniadania?
Wyspania?
Porannego seksu lub nie?
Aktualnej fazy księżyca?
Układów barycznych?
Poziomu hormonów?
Koloru skarpetek na stopach?
Nieważne.
Nie wnikam.
Liczy się to, że dziś kręciło mi się świetnie.

Czasem błąkam się bez planu.
Ot, tyle co azymut wybrany.
A jak coś zaciekawi to w domu do wujka gugla uderzam i o mapki proszę.
I tu dopiero poszerza się perspektywa i otwierają się oczy na nowe możliwości, nowe kierunki, trasy.
Bo czy ktoś z Szanownych Państwa wiedział o istnieniu w uroczym leśnym miejscu z trzema stawami, w małej miejscowości Kobiór na Śląsku, o czymś takim jak niemiecki podobóz  KL Auschwitz? Albo o ruinach bazy rakietowej pod Pszczyną? I że do jeziora Łąka miałam dziś dosłownie żabi skok (wystarczyło skręcić w prawo, a nie w lewo)?
Ja nie wiedziałam.
Ale zamierzam to nadrobić w najbliższym czasie. 
Bo wrzesień zamierzam spędzić pod znakiem dwóch kółek (no i książek rzecz jasna, bo bez nich jakoś tak niemrawo mi jest).
Jak to dobrze, że tyle jeszcze urlopu mam do wybrania.
Szef wygonił na wypoczynek.
Czeka mnie jesienne niepracowanie.
:)





23:21, wiklasia
Link Komentarze (2) »
sobota, 25 sierpnia 2018

Twarz jak u Stasysa i coś z Malczewskiego.
Tylko ja tak to widzę?

20:39, wiklasia
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 sierpnia 2018

Wystarczyło, że na nich tylko spojrzałam i już dostawałam zadyszki.
Rowerzyści w ilościach niezliczonych sunący wytrwale pod górę. Niektórzy na wspomaganiu - elektrycznym. Ci co ambitniejsi z pełnym obciążeniem polegający tylko na sile swoich mięśni. Ciągle pod górkę. Około 3000m przewyższenia. Rowerowa droga przez mękę. Grossglockner hochalpenstrasse.

Z drugiej strony zatrzęsienie kabrioletów, a w nich najczęściej starsi eleganccy panowie w towarzystwie przeuroczych pań.
Romantyczna sceneria. Wokół przepiękne góry, ukwiecone łąki.

Nic tylko wzdychać z zachwytu i się zakochać.

Żałowałam, że to tylko na chwilę, że czasu nie starczy, bo cel na ten dzień to Węgry, a recepcja na campingu w Lipotfurdo zamykana jest o 20:00. Czas tego dnia był nieubłagalny.

Widoki pochłaniane w pośpiechu jaki towarzyszy bulimiczce podczas napadu obżarstwa.

Grossglockner jakby cięty ostrym nożem, lodowiec ze swojsko brzmiącą nazwą Pasterze w różnych odcieniach błękitu, zieleni, rześkie powietrze, ukwiecone łąki. Tak wyglądało moje pożegnanie z Alpami.

c.d.n.

21:02, wiklasia
Link Komentarze (2) »
środa, 15 sierpnia 2018

Objeździłam dziś wszystkie znane  mi i mniej znane bajorka w okolicy:


Rozpytywałam okolicznych mieszkańców:

Aż wreszcie trafiłam na trop. Te ślady bytności mógł zostawić tylko on:



W końcu namierzyłam jego melinę.
Domek Shreka:


Szkoda tylko, że osła nie było...

Śląsk rowerowo - Pojezierze Palowickie.

A'propos Śląska.
Tak sobie myślę, że gdyby ktoś nabrał ochotę na Śląsk i chciał uchwycić tutejszego ducha, poczuć jego klimat, to ma do odhaczenia trzy żelazne punkty:
- po  pierwsze wizyta w Muzeum Śląskim w Katowicach, a w nim wystawa stała o Śląsku,
- po drugie wycieczka do Sztolni Królowej Luizy w Zabrzu,
- po trzecie spacer po jakimś typowym osiedlu familoków - najlepiej katowicki Nikiszowiec i /lub Giszowiec, ewentualnie Czerwionka - Leszczyny (okolice ul. Wolności) lub Rybnik (Chwałowice lub np. Piaski).

Przydałoby się jeszcze dobrze, treściwie i regionalnie zjeść czyli skosztować zupy o nazwie  wodzionka, a na drugie skonsumować kluski śląskie, roladę i modrą kapustę. Ale kulinarnie nie pomogę - lokal serwujący smaczne śląskie jedzenie namierzyć musicie już sami.

Ewentualnie pomóc mogę w lodach - Gliwice, Zimny Drań, Raciborska 9 - podobno najlepsze lody na Śląsku. :)

22:07, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 sierpnia 2018

c.d.

Że ładnie, że pięknie, że zachwycająco to już wiecie.
Moje oczy wariowały od ogromu piękna. Nie wiadomo było w którą stronę spoglądać.

Ale, że blog haninkowo w zakładce dzieciowej, to teraz trochę o dzieciach:

- nie widziałam tam żadnych otyłych dzieci,

- rodzice pozwalają dzieciom na większą samodzielność; na placach zabaw nie ma sterczących nad dziećmi rodziców gotowych podtrzymać, wysmarkać nos, walczyć o zabawki, wytrzepać piasek z butów;
nie wchodź! uważaj! spadniesz! ubierz się, rozbierz, załóż czapkę, ściągnij - takich "trenerów personalnych" nie uświadczyłam;
nie ma też rodziców wpatrzonych w komórki; to znaczy sami rodzice jako tacy materializują się na placach zabaw, ale raczej w formie obserwatorów z daleka;

- wśród ogromu dzieciaków (a wierzcie mi - dużo ich było, bo Fiss nastawione jest na wypoczynek rodzin z dziećmi) spotkałam tylko czwórkę marudzących, czy naburmuszonych (niestety wśród nich dwoje własnych); reszta miała wrzucone na luz;

- place zabaw to nie zbiór plastikowych elementów odbitych od jednej sztancy, ale indywidualnie projektowane tematyczne świetne rozwiązania (przeprawy wodne, memory z wykorzystaniem prawdziwych kanek po mleku, wodne labirynty, kopalnie piasku, dziecięca hydrotechnika, górki, pagórki, przekładnie, tunele, przestrzenie sensoryczne, edukacyjno-przyrodnicze itd.), ale żeby nie było -  miejsce na tradycyjną zjeżdżalnię czy huśtawkę też się znajdzie nawet na wysokości 1980m npm. :);

- dzieciaki są bardziej wysportowane i odważniejsze w podejmowaniu wyzwań, potrafią bezkonfliktowo współpracować z innymi;

- nie chodzą z twarzami wpatrzonymi w bezdotykowe ekrany; w ogóle nie chodziły z telefonami czy tabletami;

- i pamiętacie, że ładnie, pięknie i zachwycająco ;)

- no i bezpańskich śmieci nie ma i psich kup, choć psów prowadzających swoich właścicieli na spacery sporo; jedyne co może się zdarzyć to wdepnięcie na "mućkową bombę" - krowi placek od szczęśliwej milki wypasanej na 2000 m npm- ale to i tak tylko w wyznaczonych do wypasu przestrzeniach.

c.d.n.

Latem to nie jest popularny kierunek.
Bo latem to Chorwacja, Bułgaria, Tunezja, Turcja.
Bałtyk - a jakże, Tatry, Bieszczady i Solina, ale nie Austria.
Bo Austria to zimą.
A ja tak pod prąd i wbrew zasobności portfela zakochałam się w Austrii latem.
Nie jest to miłość trudna, bo Austria łatwo daje się pokochać.
Zwłaszcza jej alpejska część.
W tym roku wylądowaliśmy w Fiss, które oczarowuje już na wstępie swoją lokalizacją, widokami, klimatem, estetyką, porządkiem, atmosferą, zapachem powietrza, pomysłem na turystyczny biznes realizowany w poszanowaniu z przyrodą i szacunkiem dla tradycji.
Miasteczko usytuowane jest na naturalnym tarasie (choć płasko to tu nie jest) długo pieszczonym przez słoneczne promienie. Domy-pensjonaty poprzytulane do siebie jak papużki nierozłączki, wąskie, urokliwe uliczki, brak nachalnych i krzykliwych reklam, jednolita kolorystyka, czysto i schludnie. Brak typowego ruchu ulicznego (od 9.00 do 23.00 obowiązuje zakaz ruchu na głównych traktach).  Fiss ma swój styl i charakter. Uwodzi jak rasowy Casanova. Ja na taki styl podrywu jestem wrażliwa. Żadnych hałasów, dyskotek, wrzeszczącej młodzieży...
Ale myli się ten, kto myśli, że to jakaś zapyziała dziura ziejąca nudą.
Do wyboru i koloru mamy:
- cztery kolejki gondolowe, które albo wywiozą cię w okoliczne góry, albo przetransportują do sąsiednich miasteczek, (a tam czekają na ciebie kolejne kolejki),
- sztuczne jezioro z cudownymi miejscami wypoczynkowymi i nieplastikowym placem zabaw,
- trasy rowerowe dla wyczynowców,
- rodzinne ścieżki (śmiało z wózkiem można się pchać w góry),
- letnie tory saneczkowe i inne atrakcje,
- no i te alpejskie łąki i widoki
I jeszcze żeby było mało to dodatkowy bonus: - jeśli decydujesz się na zakwaterowanie w Fiss lub sąsiednich miejscowościach (Serfaus czy Ladis) dostajesz karnet, który upoważnia cię do nielimitowanego i bezpłatnego korzystania z kolejek, przejazdów autobusowych i kilku innych atrakcji podczas twojego pobytu.
Ale co ja tam będę  się rozpisywać.
Sami popatrzcie:

 

c.d.n.

sobota, 21 lipca 2018

"Pewnie pan słyszał " powiedziane do osoby z bardzo dużym niedosłuchem wzbudziło mój wewnętrzny chichot

18:52, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 lipca 2018

Od kilku dni gdzie nie pójdę odbijam się od ściany. I chodzę jak ten akwizytor, i pukam, i serce na dłoni daję, a po drugiej stronie zero zainteresowania, zimna obojętność.
Nie powiem - bolesne to doświadczenie.

Na szczęście to  sny ...

19:16, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 lipca 2018

Wczoraj zderzyłam się z nią oko w oko. Z żywą "słodką idiotką". Do tej pory myślałam, że "słodka idiotka" to wytwór jakiś sfrustrowanych niedowartościowanych kobiet. Taki rodzaj miejskiej legendy. Wszyscy o niej słyszeli, ale nikt na żywo nie widział. Ewentualnie obejmuje ono - to wyrażenie -  kobiety, a właściwie dziewczyny w przedziale wieku nastoletniego, kiedy to stres, presja, czy co tam jeszcze innego powodują jakieś głupkowate zachowania, zwłaszcza jeśli dotyczą spotkań  nazwijmy to międzypłciowych. Ale z tego się wyrasta .... prawda ???
Niestety po wczorajszym dniu muszę zweryfikować swoje sądy. Słodką idiotką można być równie dobrze gdy ma się lat zdecydowanie więcej niż naście.
Ze względu na charakter pracy mam, między innymi, wgląd w ludzkie PESELE więc doskonale wiedziałam ile lat ma kobieta, która właśnie stała za kontuarem. Dość powiedzieć, że (i tu wpiszę się w wszechobecny trend nazywania wszystkiego ileś tam "+" - bo mamy i 500+ i 300+ i mieszkanie +) pani owa metrykalnie miała 40+. Natomiast jej zachowanie adekwatne było raczej do dziewczynki  legitymującej się metryką 4+. Powiedziane tonem rozkapryszonej czterolatki "ja się tak nie bawię" (brakowało mi tylko tupnięcia nóżką), i dalej "a ja byłam 5 razy na Bali" spowodowało, że z zaciekawieniem zaczęłam przyglądać się "owemu zjawisku". Od razu przyszła mi na myśl postać Oli Kozeł z kultowego "Misia" - pomyślałam, że to ten sam typ.
Z jeszcze większym zaciekawieniem przypatrywałam się mężowi owej trzpiotki już dawno niepodlotki.
Wyglądał na zdroworozsądkowego człowieka.
Mhmmm... no coż
Ludzie dokonują różnych wyborów życiowych -  czasem trafnych, czasem mniej.
Jeśli mają  odwagę, to z tych mniej udanych potrafią się wycofać.
Jemu widocznie taki typ osobowości nie zgrzytał. A może ta pani posiadała inne ukryte walory, które rekompensowały mu jej dziecinną trzpiotkowatość.

W sumie to dobrze, że każdy z nas ma inne upodobania. Jedni lubią trzpiotki - idiotki, a inni ....
Na szczęście na zrzędy i krytykujące babsztyle :) też jest zapotrzebowanie.

19:47, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 lipca 2018

Profesjonalizm w każdym calu.
Ładnie było. Czysto. Fachowo. Ciągły keep smiling.
Twoje zadanie ograniczało się tylko do tego by poddać się ogólnemu nurtowi i dać się wciągnąć w trybiki tej całkiem sprawnie działającej maszynerii do produkcji emocji i rozrywki. 
Obsługa dbała o twoje bezpieczeństwo. Wyznaczone tory kolejkowe zwalniały twój mózg z lekka ogłupiały serwowanym z każdej strony nadmiarem bodźców i pokus od myślenia jak ustawić się w kolejce i gdzie jest jej koniec.  Gdy zamokłeś skorzystać mogłeś z turbo suszarek, gdy zgłodniałeś - z punktów gastronomicznych. Uważne oko obsługującego szybko i sprawnie dokonywało wstępnej selekcji i albo opuszczałeś kolejkę jako odrzut niekwalifikowalny z uwagi na za mały lub za duży wzrost, albo szedłeś do dalszej "obróbki" gdzie testowano twoją wytrzymałość na szarpanie, skręcanie, poddawano cię przeciążeniom, oblewano wodą, wieszano do góry nogami itd.

Na własne życzenie przeżyłam przeciążenie 3G, moje serce zostawiłam na wysokości 5m, a w tym samym czasie ciało podążało w wagoniku na poziom "zero", rysy twarzy na kilka sekund doznawały dziwnych odkształceń, zmarszczki pod wpływem pędu powietrza ulegały wyprasowaniu, w gardle posucha jak na Saharze, krew w tętnicach szalała, a w głowie kołatała się myśl "co ja tu do jasnej cholery robię??"
Na koniec dnia grzecznie i z uśmiechem ten ogromny rozrywkowy kombinat wypluwał cię na parking do twego samochodu machając ci na pożegnanie.
Wypad do Energylandii zaliczony.




To teraz zrelaksuję się i dojdę do siebie w jakiś "nudniejszych" okolicznościach przyrody.
Bo to jest to co lubię najbardziej - niezależność, swobodę, naturę i ciszę.
Na dobry początek dziś był rower i pedałowanie wśród łanów zbóż, a za dwa tygodnie góry :).

 

00:17, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 lipca 2018

Ten chód.
W mojej ocenie nie najładniejszy w jej wykonaniu. To on w pierwszej chwili spowodował, że mimo, że była daleko ode mnie, to zwróciłam na nią moją uwagę.

 Swoją drogą umiejętność ładnego poruszania się w  butach na wysokim obcasie do najłatwiejszych nie należy, tym bardziej gdy kobieta się spieszy za biegnącym w kierunku karuzeli dzieckiem, a pod nogami ma miejski bruk.

Ale pomijając dygresje i wracając na główne tory ....
Ponieważ podążałyśmy w tym samym kierunku, a ja w przeciwieństwie do niej miałam stopy obute w sportowe buty (i generalnie znana jestem z szybkiego chodu) to chcąc nie chcąc szybko ją dogoniłam. Przyznać też muszę, że gnała mnie ku niej również ciekawość. Bo oto rozpoznałam w niej osobę, którą gdzieś tam "poznałam" w internecie. Z tym, że "poznałam" to może nad wyraz napisane. Bo czy to, że ze zdjęć publikowanych przez nią wiedziałam, że wtedy, a wtedy jadła pizzę, a wakacje w roku X spędzała z Y w mieście Z, a dzieci to ma tyle, a tyle, a nazywają się tak i tak, i najczęściej to maluje czarną kreskę na górnej powiece upoważnia mnie do określania jej mianem znajomej? 

Kusiło mnie, żeby do niej zagadnąć, ale nie byłam pewna jej reakcji więc zrezygnowałam. 
Ograniczyłam się więc do przyjrzenia się jej.
Rzeczywiście - ładna była. Zadbana. Zgrabna. Tak jak na publikowanych przez nią zdjęciach. 
Jednak z niejaką satysfakcją pomyślałam, że przydałoby się, by poćwiczyła trochę nad swoim podbródkiem, bo linia już nie ta. No i te papierosy ....
Kiedy już tak poznajdowałam "skazy" w jej wizerunku, to usatysfakcjonowana pomyślałam - 
Eee..... nie taka znów z niej fajna kobitka.

A potem spojrzałam w głąb siebie. I smutne było to, do czego się dogrzebałam.
Bo dojrzałam swoją żałosną małostkowość, wybujałe ego, zazdrość. Bo próbowałam się dowartościować poprzez pomniejszenie jej wartości,  wyszukując w niej wady tylko dlatego, że lata świetlne temu los jakoś przewrotnie sprawił, że obie nieświadomie, nie znając się, rywalizowałyśmy o to samo, i to ona zebrała wtedy laur zwycięstwa.

Teraz myślę, że budowanie swojej wartości na pomniejszaniu kogoś to jakieś takie bardzo cienkie i słabe jest.
I myślę też, że mnie tak samo jak jej nie najlepiej wychodzi chodzenie w butach na wysokim obcasie (dlatego tak rzadko je zakładam). I myślę też, że może i moja linia podbródka jest zdecydowanie ładniejsza, ale jednak zgrabnością tyłka to ona bije mnie na głowę.
I myślę też, że obie my to jednak fajne kobitki jesteśmy.
Mimo wszystko.

00:35, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 czerwca 2018

Dzieciaki już wakacyjne, a u mnie praca. 
Choć powolutku urlop  na horyzoncie nieśmiało majaczy.
Na razie pozwalają mi wypocząć rower, książki i ogródek.

22:08, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 czerwca 2018

Najważniejszy element dzisiejszego stroju to wianek.
Sobótkowe świętowanie czas zacząć

23:30, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 czerwca 2018

41
Czy z tego powodu kryzys mnie dopadł?
Nie.
Dalej robię swoje. 

Może jakieś wino z okazji tej 41?
Z Kaśką Nosowską co to ją dziś dostałam w prezencie urodzinowym (jeszcze pachnie farba drukarska).

Kaśka to mądra kobieta jest.
To sobie pogadamy.

22:31, wiklasia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42