napisane w wolnym czasie, kiedy to przemyślenia na temat macierzyństwa i tematów pobocznych w głowie mej miejsca wolnego już dla siebie znaleźć nie mogą
Lilypie Kids Birthday tickers Liczniki na stonę
Blog > Komentarze do wpisu

Heaven, I m in heaven

Wałek w kobiecej dłoni to - oględnie rzecz ujmując - sytuacja potencjalnie niebezpieczna.
Zwłaszcza jeśli tym wałkiem zaczyna się wymachiwać.
Zwłaszcza jeśli wymachiwanie ma miejsce na poziomie powyżej głowy.

Od kilku dni mogę powiedzieć, że wałek to mój stały towarzysz niedoli (na własne życzenie). Wałek i farby. 

Jako jeden z pierwszych został wytypowany pokój Hani. I tak dawny zielony został przeflancowany na (w drodze kompromisu) cukierkowy różowy (zęby samoistnie mi zgrzytają przy tym kolorze) i słoneczny żółty.
A niech tam, niech dziewczyna ma. No bo kiedy, jak nie w latach dziecięcych ten różowy? Lepiej teraz niż potem. I lepiej żeby na ścianie, a nie w garderobie czy w głowie się zagnieździł.
No nie lubię, nie lubię całej tej manii różowo-dziecięco-dziewczyńskiej. Bo ten róż to dla mnie takie słodkie pierdziu-pierdziu, landrynkowaty kicz. A ja lubię jak kobieta jest wyrazista. Konkretna. Ma charakter i moc. Nawet jeśli ma lat zaledwie kilka, a cóż dopiero gdy kilkanaście lub kilkadziesiąt. A jaki charakter i siłę prezentuje dziewczątko w tonacji róż - odziane od stóp po czubek głowy w róż, otoczona różowymi zabawkami? Ja w takim zjawisku nie odnajduję nic innego jak tylko przesłodzony infantylizm. Tak już mam, że nie lubię i już.

Przedwczoraj i wczoraj, a także dziś walczyłam z sypialnią. Znudziła mi się szpitalna biel ścian i bezwyrazowość owych (niektórzy nowomodnie nazywają ten stan stylem skandynawskim - ową surowość w posługiwaniu się kolorem i oszczędność w formie). Nuda, to jak wszystkim wiadomo stan niewskazany, niebezpieczna rzecz - tak w życiu, jak i (a może zwłaszcza) w sypialni ;)
Tak więc, by temu zapobiec jedną ze ścian przemalowałam na kolor nieba.
Kiedy tak tańcowałam z wałkiem i niebieską farbą (dosłownie i w przenośni cheek to cheek) to jakoś tak samoistnie w mej głowie zawitał poczciwy Franek Sinatra ze swoim: Heaven, I'm in heaven. Oby jego słowa w końcu się ziściły (w sensie przenośnym oczywiście, a nie dosłownym). Kiedyś. Najlepiej żeby tak w niedługiej przyszłości. Nie w najbliższej pięciolatce czy dziesięciolatce. Chciałabym już. Teraz. Nie chce mi się i nie mam już sił, by na to ziszczenie długo czekać. Choć niestety nic na razie nie zapowiada, że będę mogła z radością w sercu i pieśnią na ustach zanucić za Frankiem Heaven, i'm in heaven (zwłaszcza po dzisiejszej porannej kłótni mój stan daleki jest od niebiańskiego).

czwartek, 20 lipca 2017, wiklasia
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2017/07/20 10:40:44
róż...my rok temu pomalowaliśmy córce pokój. Może nie na cukierkowy, ale taki pastelowy róż. Tak sobie myślę, że to głównie nasza- rodziców i dorosłych sprawka, że ten róż taki konieczniedziewczyński jest i wszędzie go pełno. Teraz jej się odmieniło i prosi o żółty. wszystko żółte chce, bogu dzięki ;-)
-
2017/07/21 09:22:36
gem_ma - no cóż ... :)
-
2017/07/27 08:53:12
Witaj w klubie. Ja też nie lubię tego koloru, a ostatnio Młodzież wykazuje do niego perfidne skłonności. Na szczęście koloru ścian jeszcze zmienić nie chce.